Seks a niepełnosprawność…

Zdarza mi się, że kobiety pytają mnie czy mogę to robić lub czy jestem sprawny w tych sprawach. Nie wiem wtedy czy mam się śmiać czy płakać. Odpowiedzieć mądrze czy po prostu jakie pytanie – taka odpowiedz. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pytanie padało od kobiety, z którą jesteśmy w związku, a nie od koleżanki bądź bliskiej przyjaciółki lub niedawno poznanej osoby. Z jednej strony to dobrze, że temat jest poruszany, tyle że nie tak jak powinien. Intymność u osób niepełnosprawnych jest indywidualna sprawą. Każdy ma inne potrzeby i do każdego należy podchodzić inaczej. Niektóre osoby potrzebują pomocy przy np. ubieraniu, przy innych należy uważać na nogi lub ręce. Tylko dlaczego my – chorzy – jesteśmy o to pytani zanim do czegokolwiek dojdzie? I dlaczego po odpowiedziach jest śmiech na twarzy? Wiem, wiem… tylko głupi się śmieje, ale niech sobie ktoś wyobrazi, że to my zadajemy to pytanie zdrowej kobiecie lub mężczyźnie. Usłyszelibyśmy, że jesteśmy zboczeni lub niewyżyci i nikt nie brałby nas poważnie. Zdarzają się też przypadki, że kobiety lub mężczyźni pytają o pozycje w jakich możemy to robić. Często się okazuje jednak, że niektórym to nie odpowiada i rezygnują z osoby z niepełnosprawnością. I pewnie to tylko pretekst, a tak naprawdę chodzi o strach przed byciem z chorą osobą i obowiązkami jakie za tym idą. Jednak chorzy czy z Dystrofią czy z innym schorzeniem też mamy prawo do bliskości, czułości i kontaktów intymnych z drugą osobą. Drugą ważną kwestią dla nas jest też pewnie kwestia wyglądu zewnętrznego. Tego, że możemy czuć się niekomfortowo z tym jak wyglądamy. Każda choroba wyniszcza nas w taki lub inny sposób. Schorzenia są różne, jednak nikogo nie powinno to dziwić.Ja jestem szczupłą osobą i czasami gdzieś z tyłu głowy mam myśli, że mogę wzbudzać sensację. Zdjęcie koszulki bywa problemem, ale co innego ściągnąć koszule na basenie, a co innego rozebrać się do rosołu przed kobietą. Myślę jednak, że i to jest kwestią uczuć i tego czy ktoś nas akceptuje, a zwłaszcza czy My sami akceptujemy swój wygląd. Sam miałem obawy przed kontaktem intymnym czy moje ciało nie wygląda jakoś inaczej i czy partnerka nie będzie się bać, że mogłaby zrobić mi krzywdę. Ważną kwestią było też to, czy moje ciało podoła, czy nie złapią mnie jakieś skurcze, bo jednak to wysiłek. Dla jednych może to normalne, ale i takie dylematy mogą nam siedzieć w głowie. Tylko tak naprawdę jakie to ma znaczenie, jeśli uczucie jest prawdziwe i głębokie, gdy jest miłość. Choć miłość czasem może być mylona z zauroczeniem lub fascynacją. Znam jednak osoby, które świetnie radzą sobie z tym wszystkim i same w jakimś sensie przygotowanie traktują jak świetną zabawę i podchodzą na wesoło do swojego ciała. I myślę, że to prawidłowe podejście. Co do samego seksu to myślę, że dla nas niepełnosprawnych to nie tylko zaspokojenie potrzeby, ale i coś więcej. Czułość, dotyk i bliskość jest ważniejszą kwestią niż sam seks, który może być pozbawiony uczuć i emocji. Dla jednych może być przygodą, ale myślę że nie dla nas. Taka bliskość dla niepełnosprawnego jest naprawdę bardzo emocjonalnym i głębokim przeżyciem, które przeradza się w bardzo silne uczucie. I raczej nie jest to fascynacja, a miłość. Myślę że to radość z akceptacji nas przez drugą osobę. I myślę też że seks przyjacielski u nas nie istnieje, bo za bardzo oddajemy się drugiej osobie. Jednak mogę mówić tylko za siebie i w imieniu osób, z którymi dyskutowałem na ten temat. Zastanawia mnie tylko, czemu jesteśmy pytani o seks? Jesteśmy przecież normalnymi ludźmi, którzy tak samo jak zdrowi potrzebują bliskości, czułości, a przede wszystkim miłości i akceptacji. Mamy takie same potrzeby emocjonalne i fizyczne jak inni. Jesteśmy tylko mniej sprawni, ale czujemy tak samo, a może nawet mocniej niż inni. Nie wiem to takie dziwne, że osoba na wózku lub z innym schorzeniem też chce mieć rodzinę i dzieci? Czuć się potrzebna, kochana, a nawet pożądana. Skoro nas pytają to zdrowych też powinni dla równowagi. Nie mam problemu z odpowiadaniem mądrym osobom, które jednak nie pytają, ale czasem źle się czuje, kiedy ktoś o to pyta. Jesteśmy normalnymi ludźmi, a nie kosmitami z innej planety. Mamy prawo do życia, seksu, namiętności, miłości i tego aby społeczeństwo nas akceptowało. Trzeba więcej o tym mówić, bo to normalna sprawa, a nie robić z tego temat tabu.

Samotność

To jedna z gorszych rzeczy jaka mogła mnie spotkać. Do choroby przywykłem, a nawet się z nią zaprzyjaźniłem. Respirator nadal mi ciąży, ale najbardziej dokucza mi samotność. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istnieje od 2 lat. Były jakieś „przebłyski” towarzystwa, ale szybko zniknęły. Tak szybko jak się pojawiły. Kto śledzi bloga to wie, jak moje życie wyglądało przed respiratorem. Nie sądziłem, że w wieku 28 lat to się skończy. Została mi garstka osób, ale one wyjechały za lepszym życiem, a ja zostałem. Widuje ich raz do roku, ale to kropla w morzu. Przez resztę czasu wszystko ogranicza się do wirtualnych kontaktów. Strasznie mnie boli, że prawie od roku żaden kumpel nie pamięta, gdzie mieszkam. Nie wierzę w to że, w ogóle nie mają czasu, żeby przyjść lub zabrać mnie na spacer. Zakładają rodziny, mają na pewno obowiązki – pracę, dzieci – ale patrząc na Facebook – mają i życie towarzyskie. Spotykają się w jakimś swoim gronie, a ja poszedłem w odstawkę. Kiedyś często pomagałem innym, czasem motywowałem, lecz gdy mi siadło zdrowie i szukałem pomocy, to nikogo nie było, kto by przyszedł i z dołka mnie wyciągnął. Czułem wsparcie z Anglii i z Polski od kolegów i koleżanek, którzy często pisali, ale potrzebowałem kogoś też na miejscu, kto odciążyłby mamę i wziął mnie chociaż na zwykły spacer. Przecież tak niewiele trzeba, żeby poprawić komuś humor. Nie mam miłości, ok, może kiedyś znajdę, może nie, ale brak przyjaciół tu na miejscu jest jeszcze gorszy. Jakiś czas temu zmieniłem priorytety i skupiłem się na kilku osobach, którym zależy. Ciesze się, że te osoby mnie wspierają pomimo tego, że są za granicą, a niektórzy gdzieś w Polsce i dziękuje za to, że są. Reszta tak na prawdę ma mnie gdzieś. Ciągłe wymówki i ściema, że kompletny brak czasu. Myślę, że część nigdy nie zrozumie, jak to jest być w takiej sytuacji. Mam rodzinę i z tego się cieszę, ale potrzebuję oddechu, bo dusze się od braku bliskich przyjaciół tu, na miejscu. Na spacery chodzę z mamą, bo nikt nie pamięta, że istnieję. Bardzo często jest mi cholernie przykro, że samotnie muszę się z tym zmagać. W sercu też mam pustkę z braku miłości. Patrzę na szczęście przyjaciół – jak rodziny się powiększają – a ja nadal sam. Mam 30 lat i zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę miał z kim dzielić smutki i radości. Czy będę miał w kimś oparcie i czy ja będę dla kogoś oparciem. Jednak z przyjaźnią i miłością jest tak, że nic na siłę. Tylko czemu to musi być takie trudne i skomplikowane dla innych? Walka z chorobą jest trudna jeśli nic innego się nie dzieje. W samotności człowiek ma za dużo czasu na myślenie. Staram się o tym nie myśleć, żyć z dnia na dzień, poznawać nowe osoby, którym też oddam serce w przyjaźni lub miłości. Chciałbym, żeby w końcu komuś zależało, bo życie w samotności jest nie do zniesienia. Jednak niektórzy nie rozumieją. Mówią: „Masz rodzinę, ciesz się”. Tyle że mama wieczna nie jest, a bracia też w końcu założą rodziny i ja zostanę sam. Czasem ktoś mówi: „Marze o tym, o tamtym,” a ja marze, żeby nie być samotnym i mieć zdrowie :-)

Dzieciństwo…

Miałem 4 latka jak ojciec postanowił nauczyć mnie smarkać. Była sobota, pewnie dzień jak co dzień. Mama była wyjątkowo w pracy, a ojciec w domu leczył kaca. Zawołał mnie, bo coś nie mogłem poradzić sobie ze smarkaniem.  Pokazał mi pewnie kilka razy jak to zrobić, ale chyba nie załapałem, bo wyciągnął kabel od radia położył mnie na kolanie i zaczął bić. Raz, drugi, trzeci i pewnie dziesiąty – tego nie pamiętam, ale wiem, że się zesikałem po którymś uderzeniu. Jednak on bił dalej dopóki nie zjechałem mu z kolan. Nie wiem czy straciłem przytomność, bo obudziłem się w pokoju na dywanie. Bolało mnie bardzo bo miałem pręgi na nogach i pośladkach. Mama wróciła z pracy i zastała mnie płaczącego i z mokrymi spodniami. Chciała zgłosić to na policję, ale ojciec skutecznie ją zastraszył. W poniedziałek poszedłem do żłobka  i mama pokazała mnie wychowawczyniom i Pani dyrektor. Jak mnie zobaczyły to zaczęły płakać,  bo nie mogły uwierzyć jak można pobić dziecko do takiego stopnia, że ciężko mu chodzić. Napisały raport i postanowiły wezwać ojca na rozmowę. Ojciec podczas rozmowy powiedział, że chciał nauczyć mnie smarkać i go poniosło. Kilka lat później dręczyły mnie pytania i po 12 latach postanowiłem porozmawiać z wychowawczynią i zapytać czemu sprawa nie miała dalszego ciągu. Pamiętała zdarzenie doskonale, bo mało się nie popłakałem jak mi o tym mówiła. A nie zgłosili tego, bo ojciec się odgrażał, a to był ’90 rok i pewnie też inaczej wyglądało prawo. Wychowawczyni było przykro z tego powodu. Miałem 16 lat kiedy z nią o tym rozmawiałem i jeździłem już na wózku. Ból i przebłyski tego wydarzenia zapisały się jednak na stałe. Wróćmy jednak do dalszego dzieciństwa. Dwa lata po tym wydarzeniu zdiagnozowano u mnie Dystrofie Mięśniową. Od 8 roku życia doskonale pamiętam dzieciństwo. Ojciec bardzo często pił i robił awantury, a także bił mamę. Zacznę jednak od okresu po 1 Komunii Świętej, bo wtedy zacząłem pisać pamiętnik, który mam do dzisiaj. Było w nim wszystko od uczyć, po opis wydarzeń. Był weekend, ojciec jak zwykle wrócił z pracy pijany. Obudził wszystkich tzn mnie, mamę i młodszego brata, bo stwierdził, że bydło spać w nocy nie może. Wygonił mamę za drzwi, włączył muzykę i dalej pił. Przyjechała policja, ale nie wiele to pomogło. Dni mijały, a każdy weekend wyglądał podobnie. Czasem wyzywał, czasem bił mamę, a czasem próbował na siłę ją brać do łóżka. Często spałem z mama i bratem na jednej kanapie, żeby nie zrobił jej krzywdy. Jednak nie zawsze to pomagało. Czasem wywalił mnie i brata z kanapy i dręczył mamę. Brat się strasznie bał, a ja starałem się bronić mamy. Jak nie chciałem odsunąć się od niej to albo dostałem w głowę, albo mnie popchnął w kąt, a że choroba utrudniała mi chodzenie, to leciałem jak worek ziemniaków. Czasem jednak to pomagało, lecz spać nam nie dawał. Jak weekend się kończył to się cieszyliśmy,bo ojciec chodził do roboty, więc tyle nie pił. Jednak awantury też robił z byle powodu. Nie podobało mu się wiele rzeczy. To obiad nie taki, to coś innego. I tak dzień za dniem. Choroba postępowała, w domu ciągły stres i strach przed każdym weekendem. Szkoła to było swego rodzaju wybawienie, ale chodziliśmy w tym okresie na świetlicę i to nam życie utrudniało. Świetlica jak to świetlica, czasem byliśmy grzeczni, czasem nie. Na ogół ojciec odbierał nas ze świetlicy, bo miał bliżej z pracy. Mama mówiła tym Paniom: „jak chłopaki niegrzeczne to informujcie mnie, a nie ojcu mówicie”. Jednak mówiły jemu. Wracaliśmy do domu, ojciec brał małą drewnianą miotłę i po kolei. Ja dostawałem mniej, bo byłem chory, więc chyba się bał,  ale brata czasem lał tak że pomimo 10 lat potrafił się zsikać. No chyba że pękła miotła, lub mama wróciła z pracy to jej robił awanturę, cytuję „jak suko chowasz dzieci, że nie potrafią być grzeczne”. Potrafił bić za byle co. Za słabsze oceny, za spóźnienie do domu, czy też za brak zadania. Każdy powód był dobry. Często zastanawiałem się czemu to robi, po co pije i się awanturuje. Pytałem też mamy, dlaczego z nim siedzi? Chciała odejść, ale się bała. Mijały miesiące, a strach rósł. Mieliśmy jednak łazienkę na korytarzu, która też była kryjówką. Często jak widzieliśmy, że jest pijany to tam się zamykaliśmy. Spanie w wannie, czy na krześle było standardem podczas weekendu. Kolacja lub odrabianie lekcji również odbywało się w łazience. Bywało, że i w tygodniu robił awantury po trzeźwemu lub pijanemu i też ucieczka do łazienki. Zimy były najgorsze, bo dzień był krótki, a noce zimne, więc ucieczka na dwór w piżamie nie należała do przyjemnych. Z łazienki jednak rzadko wyganiał, bo była blisko sąsiadki. Jeśli jednak i tam nie było opcji siedzieć to z samego rana w weekend robiliśmy kanapki i nawet w zimie chodziliśmy po mieście. Jak byliśmy w wieku 11-10 to z mamą od koleżanki do koleżanki, a kiedy nieco starsi to już sami. W ferie było łatwo, bo były różne turnieje na salach sportowych i ciepło. Więc potrafiliśmy siedzieć cały dzień. Jeśli jednak nie było to szliśmy z mamą. Byle gdzieś wejść i ogrzać się, a wieczorem powrót do łazienki, w której było ciepło. Często miałem skostniałe ręce i nogi, ale lepsze było to niż wariat w domu.  Latem było dużo łatwiej, bo nikt z nas nie marzł. Jednak męczące było niezależnie od pogody ciągłe przebywanie na dworze. Obiad na szybko lub bar i brak oddechu, a już wtedy ciężko było mi chodzić. Latem zawsze towarzyszył mi jednak rower, więc to ułatwiało sprawę. Odpoczynkiem od wariata były też coroczne 2-tygodniowe wyjazdy do sanatorium. Można było spokojnie spać i nie martwic się, że ojciec wróci pijany. Brat jednak wybierał ojca i w tym czasie jechał z nim do babci – matki ojca. Więc mama wtedy była spokojna o swojego syna. Babcia była i jest w porządku. W sanatorium starałem się nie myśleć o tym wszystkim, mama zresztą też, choć część osób wiedziała co nas czeka w domu. Jednak i tam zdarzało się, że siedziałem na korytarzu i myślałem. Mówiłem sobie, że kiedyś to musi się skończyć, bo tak nie da się żyć. Powrót do domu był ciężki, bo ojciec miał samochód i nas zabierał. Często powrót to była awantura i gadka ile to mama mogła mieć tam kochanków. Było to bardzo stresujące i nienormalne. Drugim takim miejscem, gdzie mogłem odpocząć był szpital, który był w innym mieście. Mieścił się na obrzeżach, a widok był na las. Było to świetne miejsce na regeneracje sił. Mama jak przyjechała z bratem to długo siedziała, a jeśli przyjeżdżała sama to wiedziałem, że szybko musi do brata wracać. W szpitalu bardzo często siedziałem nocami na parapecie. Wpatrywałem się w las i myślałem czy mamie i bratu nie dzieje się krzywda. Zastanawiałem się też czemu mama ojca nie zostawi? Wiedziałem też, że się boi i wiedziałem, że nie mamy dokąd odejść. Wtedy jak i teraz to kobieta i dzieci musiały uciekać, a nie oprawca. Jak już byłem w szpitalu to czasem widziałem po minie mamy, czy ojciec pije, czy chwilowo jest spokojny. Mogłem wtedy inaczej spać i mniej się martwić. Czasem rozmawiałem z lekarką lub pielęgniarką na temat sytuacji w domu. Czasem płakałem, a czasem rosła złość. W 1998 roku nastąpił pewien zwrot. Zrozumiałem, że ojciec mnie nie kocha, a brata faworyzuje. Myślałem o tym wcześniej, bo jego przytulał jak był spokojny, a mnie nie. Wyzwiska też były na porządku dziennym. Kaleka, ułom lub kaczka to były najczęstsze określenia. Pękło coś we mnie, kiedy pewnego razu w zimie szedłem z nim do szkoły. Ojciec miał blisko pracę, więc mnie odprowadzał. Ciężko było w zimie, bo często się przewracałem. Przełomowego dnia, co ojciec mnie podniósł to upadałem. Wściekł się, rzucił plecakiem i poszedł. Siedziałem na tym śniegu z 10 min i pomyślałem wtedy „dość tego”. Podniosły mnie nauczycielki, a ja kipiałem ze złości. Powiedziałem sobie wtedy nigdy nie dotkniesz mamy i nas. Przestałem wtedy chować się po kątach jak przychodził pijany. Pyskowałem, a nawet skakałem do bitki pomimo, że miałem 12 lat i ciężko chodziłem. Czasem się bał mnie uderzyć, a czasem kopnął, ale ja dalej skakałem do niego. I szczerze, czasem to działało i szedł spać. Mama wtedy nabrała też większej odwagi. Przełożyło się to też na szkolę, bo tam rówieśnicy też dokuczali. Reagowałem czasem pięściami na zaczepki i pomogło. Nabrałem pewności siebie i postanowiłem, że będę walczył do końca życia z oprawcami i niesprawiedliwością. Banał prawda? Ważne że działa. W ’99 sytuacja nabrała rumieńców w domu. Były to konfrontacje. Jak się nie udawało to często policja przyjeżdżała. Nawet częściej niż kiedyś, bo mama już tak się nie bała. Czasem go zabrali, a czasem dochodziło do przepychanek.  Przełożyło się to też na szkołę, bo tam rówieśnicy też dokuczali. Reagowałem czasem pięściami na zaczepki i pomogło. W ’99 pojechałem sam do kliniki na rehabilitacje i przez te 4 miesiące ojciec pokazał mamie, co jeszcze potrafi. Byłem rozdarty, ale motywacja, frustracja i złość urosły do potęgi. Jak wróciłem byłem już kimś innym. Byłem bardzo zdeterminowany i wziąłem sobie za punkt honoru, że nie będziemy z nim mieszkać. W 2000 roku mama złożyła papiery o rozwód, a ja zgłosiłem się w gimnazjum do pedagog, bo już wytrzymać nie mogłem. Wyprowadziliśmy się, zostawiliśmy prawie wszystko, jedyne co wzięliśmy to spanie, ciuchy i trochę porcelany. Szkoda, że brat został, bo ojciec go przekupił. Jednak to nie był koniec naszych kłopotów. Mieszkanie dostaliśmy kiepskie zawilgocone, bez łazienki i toalety. Do ogrzewania był piec kaflowy, lecz nie był sprawny. Kilka dni spędziliśmy u sąsiadki obok. Mieliśmy tam chwilowy spokój. Po jakimś czasie zaczęły się głuche telefony, były też groźby ze strony ojca i nie tylko jego. Z każdym tygodniem było tego coraz więcej. Sprawa była zgłaszana, ale policja potrzebowała świadków lub dowodów. Telefony jednak były o różnych porach. Po jakimś czasie zmieniliśmy numer, ale to nie wiele pomogło. Karuzela tak się rozpędziła, że zaczęły za nami chodzić różne osoby, które ojciec znał. Były nawet zaczepki i wyzwiska. Pewnego wieczoru wracałem do domu od kolegów już na wózku. Szło za mną dwóch facetów, a jak usłyszałem zaczepkę po nazwisku to wiedziałem, że albo dam z siebie wszystko, albo będzie źle. Faceci zaczęli biec, a mnie uratowało to, że starszy kolega wychodził od babci. Goście się wycofali, a kolega mnie odprowadził. Od tamtej pory strach urósł jeszcze bardziej. Nie dość, że mieliśmy problemy finansowe, bo brakowało na wszystko, bo i na węgiel i na jedzenie. Czasem trzeba było decydować: albo płacimy rachunki i bardzo skromnie jemy albo robimy zaległości w rachunkach. Jednak rachunki musieliśmy płacić, a jeść skromnie. Dodatkowo ja często chorowałem z powodu wilgoci i braku łazienki, a kąpać jakoś się musieliśmy. Pomoc jaką mieliśmy to OPS, która pomagała w zakupie węgla. Łatwo nie było, a ojciec nie odpuszczał ani w życiu ani w sądzie, a brat nie chciał do nas wrócić. Mamę i mnie bardzo to bolało, bo przecież przeżyliśmy ten sam horror. Po ponad 2 latach walki z tym wszystkim mama dostała rozwód i powoli zaczęliśmy odzyskiwać równowagę psychiczną. Wspieraliśmy się wzajemnie. Dostaliśmy inne mieszkanie lecz też bez łazienki. Życie wracało powoli do normy. Brakowało mi jednak ojca, ale nie takiego którego miałem, tylko takiego jakiego mieli inni. Koledzy z sanatorium często przyjeżdżali z ojcami i zawsze zazdrościłem, czasem płakałem, że ja takiego nie mam i było mi przykro. Zawsze kiedy patrzę na dobrych ojców to gdzieś nachodzą myśli, że ja nigdy takiego nie miałem. Myślę jednak, że przez te doświadczenia jesteśmy dużo silniejsi. :)

Chwila przerwy…

Postanowiłem sobie zrobić przerwe od pisania. Musiałem troche rzeczy przemyśleć, i zastanowić się nad tematami. Wiem o czym chce pisać ale nie wszystko moge tutaj wstawić. Przerwa jednak źle na mnie podziałała, bo nastrój mi się zmienił. Jeśli chodzi o forme to myśle, że będzie lepsza. Przepraszam moich wiernych czytelników i zapraszam do czytania następnej częśći. Miłej lektury. :)

Maski…

Zdarza się, że trafiamy na osoby które udają kogoś kim nie sa. Zakładają maske która tak naprawde zasłania ich prawdziwe ja. Po co to tak naprawde robią? Żeby ukryć fałsz, czy żeby ukryć podły charakter?Z przyjaciółmi których znamy wiele lat myśle, że nie ma tego problemu. Różne sytuacje które z nimi mieliśmy tak naprawde pokazywały jacy są prawdziwi. Pewnie nie każdemu podoba się prawdziwa twarz kolegi cz koleżanki, ale lepsze to od ściemy. Trudniej jest z tymi których poznajemy w krótkim okresie czasu. Często udają jak to nas lubią i chcą pomóc, a jak przychodzi co do czego, to się wyłamują. Bywa też tak, że uważamy ich za miłych i sympatycznych a tak naprawde są inni. Po co wkładać maske i udawać kogoś kim się nie jest. Nie jestem święty i chyba nikt nie jest, ale niczego nie udaje bo po co? Zadowalanie kogoś na siłe nie ma żadnego sensu. Każdy ma pozytywne i neatywne cechy charakteru które mogą się innym nie podobać. Zakładanie maski to taki brak akceptacji samego siebie. Nie jestem psychologiem, ale widze kiedy ktoś udaje kogoś innego. Zakłada maske dobrego człowieka, a potem wali w pysk chamstwem i fałszem. Cukier puder, a gdy potrzebujesz pomocy odmawia, bo tak mu wygodnie. Lepiej być prawdziwym i nie udawać, bo to zawsze źle się kończy. Poznawałem ludzi którzy plują jadem. Na początku pięknie cacy, a za plecami mycie dupska. ” W oczy przyjaciele a za plecami skurwiele” świetnie się tu sprawdza. Nawet wśród dystrofików zdarzają się osoby, które chowają się za maską. Ja niczego nie ukrywam, bywam wredny i chamski, ale tylko dla tych co mnie oszukują lub postępują źle w stosunku do mojej osoby. Nie udawajmy, bądzmy naturalni, szczerzy, a jak ktoś tego nie akceptuje to jego problem. Wierze w Boga i w swoje przekonania i nie mam zamiaru chować się za maską. Jestem jaki jestem. Moge czasem się mylić, ale udawać niczego nie będe. Każdemu wkońcu spadnie maska z twarzy, prędzej czy później :)

Miłość…

Każdy z nas pragnie spotkać miłość, kogoś komu odda całe serce i pokocha z wzajemnośćią. Pytanie czym jest miłość? Uczuciem do danej osoby? a może czymś więcej? Myśle, że miłość to coś więcej niż uczucie, które płynie z serca. Myśle, że to też szacunek, szczerość, zaufanie, oddanie, wierność, wspieranie w dobrych jak i złych chwilach. Wspólne smutki i radośći pewnie też i namiętnośći. To też przyjaźń bo myśle, że bez tego nie było by miłośći. Często właśnie od tego się zaczyna głębsze uczucie. Przyjaźn jednak to nie zawsze miłość. Często można pomylić jedno z drugim. Szczere rozmowy, zwierzenia, czy też ramie w które można się wypłakać nie oznacza głębszego uczucia. Bywa, że to może być miłość taka jak do brata lub siostry, choć większość nie wierzy w taką przyjaźń bo często jest podtekst. Bycie czyimś dobrym przyjacielem nie musi jednak się wiązać odrazu z uczuciem jakim jest miłość, bo można to też pomylić z zauroczeniem lub fascynacją. Pytanie gdzie szukać prawdziwej miłośći i uczucia, którym można obdarzyć drugą osobe? Nie ma na to reguły ani recepty, ale tak pragniemy być kochani i obdarzeni tym uczuciem, że często cierpimy w toksycznych związkach. Po co? By nie zostać samemu na starość czy by mieć kogo kolwiek koło siebie. Robić to czy szukać na siłe nie ma sensu. Można też czasami usłyszeć od kogoś, że rodzice Cie kochaja, brat lub siostra, ale myśle że każdy wie, że to jednak nie to samo co miłość kobiety do męzczyzny i na odwrót. Większość chce mieć kogoś z kim spędzi reszte życia. Kogoś kto wysłucha, przytuli, wesprze, pocieszy, pomoże rozwiązać wspólnie problem i wogule. Kogoś kto poświęci cała uwage dla drugiej osoby i na kogo będzie można zawsze liczyć. Przyjaźn jest dobra ale miłość jeszcze lepsza. Zdarza się też tak, że mając przyjaciółke bądź przyjaciela od wielu lat boimy się np. przyznać, że czujemy coś więcej. Tylko czasami nie ryzykujemy. A dlaczego? bo pewnie kieruje nami strach przed utratą wielo letniej przyjaźni. Lepiej mieć przyjaciółke niż nie mieć nic. Czasem jednak warto znaleść odwage i wyrazić co się czuje. Myśle, że jak to jest prawdziwe to się czuje i pewnie strach znika. Tylko znalezienie miłości w przypadku dystrofików chyba jest bardziej skomplikowane. Dlaczego? ponieważ dochodzi myśle strach przed odpowiedzialnością, obowiązki i obawa przed utratą miłości z powodu choroby. Trudno się nie dziwić jednak kobietą. Ciągła pomoc w prostych czynościach dnia codziennego, obowiązki i wogule. Tylko czemu by nie podjąć ryzyka dla prawdziwej miłości gdzie będą te wszystkie wartości. Gdzie nie będzie fałszu tylko prawdziwe oddanie. Czytałem kiedyś, że kobiety oddają podwójnie a My pewnie więcej. Chodz nie moge mówić za wszystkich, wkońcu każdy ma wady i zalety. Nie wiem jak myślą inni, ale jak miłośc to na całego i do końca życia na 100% Wierze, że każdy z nas znajdzie prawdziwą miłośc gdzie nie będzie się liczyć niepełnosprawnośc i wygląd tylko wnętrze i siła charakteru gdzie jest walka do końca.

Najlepsza ekipa na świecie…

Wszystko zaczeło się 15 lat temu. Okoliczności sprawiły, że wszyscy mieszkaliśmy prawie na jednej ulicy. Poznałem wtedy Rafała, Damiana, Tomka, Dawida, Tomka i Kamila którego poznałem przy okazji. Były to lata młodości, ale już wtedy pomyślałem, że mogą to być kumple do końca życia. Już za młodu miałem zdolności do zjednywania sobie ludzi, ale myśle, że to oni mnie przyciągneli do siebie. Większość z Nas była w podobnym wieku więc mieliśmy sporo wspólnych tematów. Inni byli nieco starsi i mogli mi wtedy imponować, choć sam już nie wiem. Już wtedy kształtowały w nas sie wartośći, których brakowało innym. Napewno też trzymały się nas głupoty, ale zawsze to była jedna paczka, która trzymała się razem. A że większość z nich to były więzy rodzinne, to pewnie i to kleiło większość bardziej. Nie chce tu się rozmieniać, ale były też ciężkie chwile. Czasami był płacz, ale myśle, że była to niezła lekcja życia. Bywało, że miałem żal za niektóre rzeczy jakie się działy. Po latach jednak zrozumiałem, że to było tylko po to, żeby mnie zmotywować i nauczyć, żeby nie oddawać pola i nie pękać. Niektózi z poza naszej grupy tego nie rozumieli, ale wkońcu udowodniłem, że potrafie się postawić i powiedzieć dość. Po roku wspólnych zabaw, wypadów i jakimś tam przygód los sprawił, że moje drogi z nimi się rozeszły. Ja już wtedy dzięki nim stałem się twardszą i mocniejszą osobą. Pewnie i doświadczenia życiowe miały na to wpływ, ale oni też. Mineło kilka lat, poszłem w znajome miejsce i już nie pamiętam spotkałem któregoś z chłopaków. Od słowa do słowa i poszłem do nich. I już tak zostało. Wspólne imprezy, wypady, wyjazdy i mocno ukierunkowane zasady: Lojalność, wierność, szczerość i wzajemny szacunek, to wszystko sprawiało, że czułem się tam jak w domu gotowy iść w ogień za moimi ziomkami. Przypadek jednak sprawiał, że to oni czasm pomagali mi wyjść z kłopotów. Pozatym większość z nich to nieźli zawodnicy i to bardzo mi zawsze imponowało. Nigdy nie dawali sobie w kasze dmuchać tak jak i ja. Bywało, że się zapominałem i tak mocno walczyłem o swoje, że miałem kłopoty. Dzięki temu zyskałem jeszcze większy szacunek u innych. Różne wyjazdy na wakacje z niektórymi z nich wzmacniały więzi między nami. Przygód i imprez było mnóstwo, ale nigdy przy nich nic mi się nie stało. Jakby mieli mnie ratować to za każdą cene, tak samo jak i ja ich. To wszystko sprawia, że możemy na siebie liczyć w dobrych jak i złych chwilach. Wiele się zmieniło przez to, że większość z nich wyjechała z kraju. Życie towarzyskie nieco się zmieniło. Wiadomo rodzinna, dzieci i wogule. Czuje jednak ich wsparcie cały czas. Co roku jak zjeżdzają na urlop to się spotykamy. Bywa, że jest to jeden dzień, ale tak cholernie intensywny i wesoły jakby to było kilka dni. Brakuje jednak w tym wszystkim osoby z którą jeździłem na wakacje. Zawsze będe wierny osobą które kocham tak jak one mnie. Bracia do końca życia. Nie zamienił bym ich na nikogo innego. Zawsze będą moją drugą rodziną. Nie każdy ma szczęście mieć takich ludzi wookół siebie. Dziękuje chłopaki, że jesteśćie… :)

Szpital…

Trafiłem do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc. Było to dziwne, bo byłem senny i bolało gardło przy przełykaniu. Zrobili mi badania i okazało się, że mam zapalenie płuc i podwyższony poziom dwutlenku węgla. Lekarz powiedział, że będzie trzeba zrobić tracheotomię i gastrostomię. Wysłali mnie na oddział, żebym podjoł decyzje a wtedy przeniosą mnie na Intensywną terapie w celu szybszego leczenia i wykonania tych zabiegów. Zgodziłem się jednak tylko na gastrostomię, a nie na tracheotomię. Po kilku dniach gdzie nie leczyli mnie wogule, zostałem przeniesiony na Intensywną terapie. Byłem oczywiście przytomny i wpełni świadomy tego co się dzieje, i nadal nie wyrażałem zgody na żadną Tracheotomie. Lekarze się wręcz upierali, żeby mi to zrobić. Zaczeli mi podawać leki i kompletnie przestałem wiedzieć co się ze mną dzieje. Obudziłem się chyba na drugi dzień z rurką intubacyjną w przełyku i podłączonym respiratorem. Nie bardzo mogłem mówić i nie wedziałem co się dzieje. Pamiętam jakieś przebłyski jak tylko się budziłem, ale niewiele. Cały czas z tego co mi mówili bliscy lekarze upierali się przy swoim. Robimy Tracheotomie a Pani tzn mama nie ma nic do gadania. Następne co pamiętam to próbe podłączenia mi respiratora maskowego. Wyjeli mi rurke intubacyjną i podłączyli maske na około 2godziny z tego co mi mówili. Po odłączeniu maski straciłem znowu kontakt z rzeczywistością. Odzyskałem świadomość po kilku dniach. Byłem w wielkim szoku, ponieważ zrobili mi tracheotomie na którą nie wyraziłem zgody. Jak się okazało mineło 7dni, które mi kompletnie uciekły. Bliscy mówili, że były momenty, że nie rozpoznawałem ich wogule. Ciężko było mi zaakceptować to co mi zrobili. Zastanawiałem się co teraz będzie? Jak będe żyć i mówić, bo wogule nie było słychać co mówie. Jednym słowem byłem przerażony. Jak się dalej okaże nie był to mój jedyny problem. Pobyt zaczoł się ciągnąć. Leżałem cały dzień w łóżku i zastanawiałem się jak wołać pielęgniarki, ale znalazłem sposób. Pielęgniarki nie zawsze chciały podejść. Po jakimś czasie zorientowałem się, że mam odleżyy na pośladkach. Personel medyczny wpierał nam, że jak już przyszłem to miałem. Było to kompletną bzdurą, ale i do tego dojdziemy. Pewnej nocy jednak wiele się zmieniło. Na nocke przyszły fajne pielęgniarki, a przynajmniej tak myślałem. Poprosiłem żeby mnie przekręcono ok zrobili to. Po około godziny poprosiłem znowu bo pośladki od odleżyn strasznie bolały. Zmienili mi pozycje i usłyszałem, że my co 10min chodzić nie będziemy. Przypominam, że mineła godzina. Po jakimś czasie znowu poprosiłem, a pielęgniarka oznaimiła, że teraz musze minimum 2godz wytrzymać, bo mnie wcześniej nie przekręci. Kręgosłup i pośladki bolały jak cholera. Zawołałem po godznie. Siostra podeszła i usłyszałem: cholera ile razy będziemy podchodzić nie jesteś tu sam. Ostatni raz Cię teraz przekręcam i więcej nie podejde zrozumiałeś? Powiedziała to takim tonem, że zapytałem dlaczego Pani jest niemiła? Odpowiedz brzmiała a co Ty myślisz nikt tu skakać koło Ciebie nie będzie. My nie jesteśmy od tego. Zaczeła się dyskusja, bo pielęgniarki rozumiały mój szept. Powiedziałem, że w domu nie am takich problemów na co ona, to masz sługusów w domu i porównała mnie do zbrodniarza II Wojny Światowej i że jestem gorszy od niego. Przekręciła mnie i poszła. Wołałem tzn cmokałem mnóstwo razy ale nikt już nie podszedł, pomimo, że stały blisko przy innych łóżkach. Zero odpowiedzi, zero reakcji. Cmokałem, ślina mi się zbierała bo byłem całkiemna płasko i nic nie podchodziły. Ciśnienie z bólu mi skakało, puls też. Było ponad 140/min. Jak maszyna zaczeła pikać to tylko podeszła, wyciszyła i odeszła pomimo błagań moich. Całą noc prawie przepłakałem i walczyłem z bólem. Po godz 5 pielęgniarki zmieniły strone sali. Zawołałem inne, podeszła i powiedziała co Ty chłopie chcesz? Obrażasz Nas a my chodzimy koło Ciebie. Wystawiłem oczy i spytałem o co chodzi. Pielęgniarka powiedziała, że plułem i wyzywałem jej koleżanki. Było to bzdurą, byłem przytomny i świadomy wiedziałem co robie. I niczego takiego nie robiłem wyjaśniłem. Poskarżyłem się ordynatorowi, ale nic to niedało. To ja według niego byłem winny. Z każdym dniem wychodziło, że te pielęgniarki nie są miłe i fajne. Przeklinanie było na porządku dziennym. Chamstwo też nie znało granic. Odzywki do mnie i innych typu „co Ty znowu chcesz starucho, lub stara krowo” do pacjentek. Do mnie z dyżurki komentarze typu „co on chce, co on kurwa chce albo czy on jest ułomny lub upośledzony” Było to na porządku dziennym. Hamowały się tylko wtedy jak ktoś przyszedł na odwiedziny. Często jak podeszła było marudzenie, że wołam co 10min a mijało dużo więcej czasu. Miałem zegarek więc wiedziałem. Cholera nie będe chdzić lub nie będziemy bo Ty chcesz. Śpij do cholery jasnej lub kurwa chodzić nie będe. Jak chciałem się odessać lub przekręcić to często słyszałem odmowe i na ogół po chamsku. Było raptem 5 lub 6 pielęgniarek które lubiłem a reszta nie nadawała się na prace z ludźmi. Częste protensje, oskarżenia do bliskich, że do prokuratury zgłoszą bo jestem chudy. Głodziliście go i wogule. Lubiały dyskutować, albo fochy robić co przy odwiedzinach kończyło się kłótniami. W nocy bardzo często długo cmokałem za nim ktoś przyszedł i mnie przekręcił. Wpierały mi niektóre, że co 5minut wołam i mają mnie serdecznie dość. Mówienie, że mam innych pacjentów a w dyżurce śmiechy, hihy. Często pytałem dlaczego tak kłamiecie i się odnosicie? Nie jesteś tutaj sam a my chodzić nie będziemy na Twoje skinienie co chwile. Będziemy chodzić jak nam się podoba gówniarzu. Żadko tam w nocy spałem, albo ze strachu albo bólu jaki mi cały czas towarzyszył. Fajne siostry często były z tymi chamskimi. I na dniówce i na nockach były 4 pielęgniarki. Pytałem bliskich kto przyszedł na nocke a potem już tylko strach. Rodzina chodziła na skargi i do ordynatora i dyrekcji, ale bez żadnego skutku czy reacji. Wszystkiego nie mówiłem bo bałem się że jak zostane sam to dadzą mi popalić. Nie raz jak skręcało mnie z bólu , to mówiły, że przesadzam. Były też sytuacje, że śmiały się w dyżurce z pacjentów. Zapominały się, że mają na Intensywnej kogoś świadomego i przytomnego. Na temat mojej mamy często prowadziły dyskusje. Gadka typu przyjdzie ta starucha lub stara suka i będzie marudzić.Gówniarz lub kaleka się poskarży a ta będzie tutaj skakać do nas. Bywało też, że jak o coś prosiliśmy zwłaszcza ja to nerwowo było to robione. Psychicznie i fizycznie byłem wykończony. Chciałem żeby to w końcu się skończyło, i żebym wrócił do domu. Myślę, że gdyby nie Sepsa którą mnie zarazili i zwlekanie z załatwieniem respiratora szybciej trafiłbym do domu. Lekarze też byli nieprzyjemni. Mówili, że mama i ja nie mamy nic do gadania. Było też tak, że często ją wyganiali jak się skarżyła lub kłóciła z pielęgniarkami. One były najmądrzejsze i mówiły co złe a co dobre, jakby to było ich życie. Jedyne co mnie tam w kupie trzymało, to bliscy i dobre słowo tych dobrych pięciu pielęgniarek. Myślę, że tylko one robiły to z powołania. Szkoda mi tych osób które tam leżał pewnie inni też mają coś do powiedzenia. Był tam ktoś jeszcze przytomny co też był źle traktowany i tak jak ze mnie to i z niego się śmiały. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę, żeby tam trafił i męczył się tak jak ja.

Osoby które poświęciły wszystko…

Wiele się mówi o tym, że jesteśmy aktywni i wogule ale są też kulisy tego wszystkiego. Tak naprawde za tym sukcesem stoją bliscy. Często jest to mama, tata, siostra, brat lub bliski przyjaciel. Zastępują nam często ręce lub nogi. Walczą o każdy dzień dla nas byśmy mogli wyjść i żyć jak inni. Płacą czasami za to wysoką cene, bo dzwiganie często wpływa na ich organizm. Niektórzy poświęcają też kariere, ale nie zawsze bo i to myśle można połączyć. Jak wyglądało by nasze życie gdyby nie było kogoś koło nas kto pomaga. Jedni są sprawniejsi, inni mniej i nie zawsze jesteśmy w stanie poradzić sobie samodzielnie. To jest cholernie ciężkie zadanie chodzić koło nas. Znosić nasze chumory, prośby, porażki, smutki i radośći. Wiadomo rodzice lub bracia i siostry nas kochają, ale każdy ma jakieś granice wytrzymałości. Dużo też zależy od relacji jaka jest pomiędzy nami. Miłość, przyjaźń i szacunek odgrywa tu bardzo duże znaczenie. Przecież nie chodzi o to, żeby mieć kogoś typu przynieś, podaj, pozamiataj, bo nie w tym rzecz. To powinło być na zasadzie szacunku i miłości i ludzkiej relacji. Bywa że są przypadki złego traktowania osoby która się poświęca. Tylko jakbyśmy sobie wtedy radzili? Często ktoś mówi ale sobe fajnie radzisz, fajnie wyglądasz, czysty, zadbany. Nie poddajesz się, ale myśle, że to wspólna zasługa. Wspieranie się nawzajem, a nie wykorzystywanie brzydko mówiąc. My może i jesteśmy silni, ale osoby które chodzą koło nas myśle, że mają też niezłego powera. To też jest ciężka i wyczerpująca praca, czasami 24 godziny na dobe. Niektóźi mają szczęście i mają więcej niż jedną osobe wokół siebie. W pojedynke jest napewno dużo trudniej, bo samo dzwiganie jest wyczerpujące. Mam znajomych gdzie np siostra opiekuje się braćmi i myśle, że odwala kawał cholernie ciężkiej roboty. Napewno nie jest jej łatwo patrząc na nią. Sił pewnie często jej brak, ale się nie poddaje tak jak moja mama. Myśle, że takie osoby zasługują na medal ale to i tak za mało. Potrzebują dużo wytrwałości a przede wszystkim odpoczynko który się wręcz należy. Zawsze mi to daje do myślenia, kto inny by się tak poświęcał. To duża odpowiedzialność i obowiązek na który nie każdy jest gotów. Ktoś zawsze powtarzał, że taka osoba miała by większe korzyści duchowe a także wsparcie jakiego zdrowy człowiek nie jest wstanie dać drugiemu który mu pomaga. Doceniajmy ich bo w 100 procentach na to zasługują. Dzięki nim jesteśmy i nie zamykamy się w czterech ścianach. A Ci co mówią , że to nic trudnego, to kompletnie nie wiedzą o czym mówią. Myślą, że wiedzą jak to jest ale tak naprawdę nie są w stanie sobie tego wyobraźić. Pamiętajcie Kochamy Was i mamy wielki szacunek za to co robićie. Wspieramy Was i dziękujemy :)

Śmierć Bliskich…

 To jeden z tych trudniejszych tematów. Z utratą tych najbliższych z rodziny zawsze jest ciężko, ale jak wspomniałem wcześniej przyjaźń u mnie to coś więcej. Zawsze było ciężko tracić bliskich przyjaciół. Za każdym razem umierała jakaś cząstka mnie, i ciężko było mi się z tym pogodzić. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego akurat ich to spotkało? Przecież byli młodzi i całe życie było przed nimi. Pozostają w sercu na zawsze, ale długo musiałem się zbierać po stracie kolegi lub przyjaciela. Pierwszą z tych osób był Łukasz. Był chory tak jak ja na Dystrofie. Od 1996 lub 1997 spotykaliśmy się rok w rok w Sanatorium. Zawsze wszyscy z naszej paczki trzymaliśmy się blisko. Wspólne wyjścia, basen, rehabilitacja i integracyjne dyskoteki. Wiadomo jak to na turnusie. Po turnusie kontakt listowny lub telefoniczny. Jak chodziłem do liceum pojechałem na jakąś konsultacje do Warszawy. Spotkałem tam znajome twarze, których dawno nie widziałem. Mama rozmawiała z jedną znajomą, i z daleka po wyrazie twarzy zauważyłem, że coś jest nie tak. Spytałem o co chodzi, a mama powiedziała że Łukasz nie żyje. Wpadłem w taki szok i rozpacz, że nie bardzo cokolwiek do mnie docierało. Rozwaliłem coś na korytarzu i jeździłem jak szalony płacząc. Tak mówiła mama, a z rozmowy z lekarzem niewiele pamiętam. Całą drogę powrotną nie mogłem się uspokoić. Wpadłem w jakąś nostalgie, a może depresje sam już nie wiem. Przez ponad miesiąc czasu nie chodziłem do szkoły, a jak się zdarzyło, że poszłem to niewiele mówiłem. Ciągle myślałem o koledze, i o tym że chyba za mało czasu mu poświęciłem. Po jakimś czasie odwiedził mnie katecheta i trochę mi wytłumaczył. Pomogło to na tyle, że zacząłem chodzić do szkoły, ale nadal wewnętrznie byłem rozbity. Po jakimś czasie postanowiłem, że pojadę na grób Łukasza. Porozmawiać i może pomóc sobie w ten sposób. Wszystko było dobrze do momentu podejścia na miejsce gdzie leżał. Jak zobaczyłem nazwisko to płakać zacząłem jak dziecko. Spędziłem tam jakiś czas, pomimo, że był listopad i dość chłodno. Za każdym razem jak byłem na grobie to płakałem jak dziecko. Rok później jak pojechaliśmy na wakacje do jego rodziców, to na grobie nadal leciały mi łzy. Zawsze pozostanie pamięć o nim w moim sercu. Miał 16lat jak umarł. Samo wspomnienie o tym wszystkim wywołuje łzy w oczach. Drugą taką osobą był Piotrek. Nie byliśmy może jakimiś bliskimi kolegami, ale my Dystroficy czujemy jakąś więź między sobą. Trudno to wyjaśnić, ale tak jest. Też był płacz i taka głębsza myśl czemu tak się wykruszamy jeden po drugim. Żałowałem, że nie byliśmy bliskimi kolegami. Trzecią taką osobą był Leszek. Był osobą dużo starszą ode mnie. Szwagier moich dwóch kolegów Piotrka i Jarka. Poznałem go na wyjeździe Dystrofików i nie tylko. Jak z Łukaszem i Piotrkiem także i z Leszkiem lubiłem spędzać czas i pogadać o wszystkim. Różnica wieku nie miała znaczenia, bo liczy się szacunek. Lechu każdemu pomagał. Miałem spędzić u Leszka, Piotrka i Jarka Sylwestra, ale nie było nam już dane się spotkać. Może się powtarzam ale pamięć o nich nigdy nie umrze. Tak pisząc o tym myślę sobie, że już mam takie grono bliskich znajomych sercu, i jeżeli zabrakło by teraz kogoś z tego kręgu to ciężko było by mi się pozbierać. Oby żadne z Nas nie musiało przeżywać takich trudnych chwil, a zwłaszcza w najbliższym czasie. Śmierć czeka każdego z Nas niestety. Nie rozmyślam o tym często pomimo mojego stanu. Myślę jednak, że jak Bóg kiedyś przyjdzie po mnie to odejdę bez smutku i żalu. Dlatego uważam, że musimy żyć pełnią życia. Cieszyć się z bliską rodziną i przyjaciółmi z życia, bo nie znamy ani dnia ani godziny. Dlatego bliskich trzymajmy blisko, żeby później nie żałować, że za mało czasu poświęciliśmy dla nich. Na zawsze w moim sercu :)

Niedotrzymywanie słowa…

To jedna z tych rzeczy która uwiera mnie w cztery litery. Często się zastanawiam czy warto zawracać sobie głowe takimi osobami. Myśle że nie. Szkoda zdrowia, nerwów i czasu. Spotykam osoby które dość często obiecują i często słowa nie dotrzymują. Wymówki jedna po drugiej. Wiadomo każdy ma tam jakąś prace wkońcu żyć z czegoś trzeba, ale jak ktoś nie ma małych dzieci i jakiś dużych obowiązków a chwili znaleść nie potrafi to coś nie tak. Tak naprawde jeżeli ktoś chce i mu chociaż troche zależy na koleżeństwie czy przyjaźni to zawsze znajdzie czas. Nie mówie żeby codziennie, ale chociaż raz w tygodniu godzinke wygospodarować. Ten brak czasu myśle, że wynika z braku chęci lub strachu przed tym w jakim stanie teraz jestem. Jak inaczej to tłumaczyć? Skoro często niektórzy pokazują jak świetnie się bawią. Dodają posty i zdjęcia na facebooku a później w żywe oczy kłamią że czasu nie mieli. I jak tu się nie denerwować czy nie gniewać na kogoś. Rodzina myśle jest ważna w tym wszystkim, ale każdy potrzebuje kogoś bliskiego z kim może pogadać czy wypłakać się. Jeśli słyszysz od kogoś, że masz rodzine czy braci z tego się ciesz, to przykro się robi. Każdy potrzebuje chociaż na chwile oderwać się od dnia codziennego. Założe się że Ci którzy tak mówią nie siedzą ciągle z mamą, ale czasem spotkają się w szerszym gronie żeby się rozluźnić lub rozerwać. Jak siedzi się w domu lub samemu chodzi na spacery czy z mamą to z czasem robi się przykro. Dobrze jest też od czasu do czasu iść z przyjaciółmi i dobrze się bawić. Jak ktoś mówi że nie ma czasu to mu nie zależy a ja nie bardzo wierze że nie ma nawet chwili. Chyba że ktoś ma dzieci małe to już co innego lub prace od 7-19 to zrozumiem. Ktoś mi zawsze powtarza że te wymówki to z braku chęci a nie braku czasu. Po co komu osoby które ciągle się tłumaczą i nie mają czasu? Może powinły się zastanowić nad sobą, i nad tym jak ja moge się czuć taki samotny. Myślą może i o mnie ale co z tego, skoro to też może być ściema. Większość najlepszych przyjaciół mam zagranicą i brakuje mi ich ale jak jesteście to przyjdzcie i pokażcie że Wam zależy na dalszej przyjaźni a nie gadajcie tylko. Naszczęście na tych których mi zależy nie zawodzą i z tego się ciesze. A z tymi co zawodzą, tłumaczą się i ciągle czasu nie mają dałem sobie spokój. Nie prosze się, nie narzucam, nie pisze bo po co? Błagać nikogo nie będe co nie oznacza że serce mnie nie boli. Cały czas mam gdzieś nadzieje, że kiedyś się zrehabilitują i zaczną dotrzymywać danego słowa. :)

 

Zakopane ciąg dalszy…

Pisałem wcześniej o klimatycznym miejscu jakim jest Klinika w Zakopanym. To miejsce jednak nie było by takie, gdyby nie ludzie, znajomi i przyjaźnie jakie się tam nawiązały. Przy pierwszym razie pamiętam Anete z którą przez dłuższy czas miałem kontakt listowny. Kiedyś jednak go straciłem i chciałbym go kiedyś odzyskać. Podczas drugiego pobytu poznałem jednak już sporo fajnych osób. Większość z nich pamiętam z imienia i nazwiska. Jedną z takich charakternych i wyrazistych osób był Kamil.J. Zawsze był duszą towarzystwa i wiele osób go lubilo. Potrafił żartować, zawsze mówił co myśli i umiał rozmawiać z dziewczynami. Często też stał na korytarzu za różne przewinienia. :) Dzięki tej charyźmie przyciągnoł i mnie. Szybko znaleźliśmy wspólny język i tematy, także do robienia jakiś numerów. Myśle też że była między Nami zdrowa rywalizacja o dziewczyny. Lubiały nas też pielęgniarki i często załatwialiśmy SuperKino w Tvn, ale jemu lepiej to wychodziło bo był weteranem KBKi. Kontak mieliśmy ze Sobą jeszcze nie tak dawno. Był też Wojtek góral (nazwiska nie pamiętam dokładnie). Był typowym góralem, zaciągał gwarą, był otwarty i również dowcipny i lubiany przez pielęgniarki. Zawsze pomocny i uprzejmy dla innych. Lubiałem się otaczać takimi osobami bo sam byłem do nich podobny. Często gadałem z nim po nocach o życiu i wogule. Głównym jednak tematem były oczywiście dziewczyny. Było jeszcze kilku fajnych kolegów ale nie pamiętam ich dokładnie. Wszyscy jednak byliśmy zgrani i do Nas przeważnie przychodzili jak coś się działo. Pamiętam też fajne dziewczyny. Jedną z nich była Iwona.K. również dziewczyna z mocnym charakterem. Wysoka blondynka, inteligentna. Na początku jednak szybko nie znaleźliśmy wspólnego języka dopiero po jakimś czasie się do mnie przykonała. Myśle jednak że duża w tym zasługa była Kamila, który bardzo dobrze ją znał bo Iwona też była częstym bywalcem KBKi. Pamiętam też Jole.Ch choć jakoś blisko z nią się nie przyjaźniłem, ale Iwona ją lubiła. Ja też czasami z nią rozmawiałem. Ona również była częstym bywalcem. Była też Magda.J. Wysoka ciemnoblondynka ze śniadą cera. Podejrzewam że wielu chłopaków razem ze mną się w niej kochało. Inteligentna, sympatyczna zawsze uśmiechnięta z poczuciem chumoru. Szybko się polubiliśmy i często rozmawialismy na różne tematy. Na spacerach często brała mnie i wiozła. Kamil do niej startował więc została moją dobrą koleżanką. Kontakt się urwał. Była też Malwina.O. Czarująca ciemnoblondynka z cudownymi oczami i uśmiechem. Była lekko nieśmiała ale kochałem się w niej i startowałem do niej. Oczywiście ona o tym wiedziała. Inteligentna też można było z nią pogadać na różne tematy, choć jej nieśmiałośc bardziej mnie przyciągała. Często przesiadywałem na sali Magdy i Malwiny głównie po ciszy nocnej, przez co często stałem na korytarzu. Z Malwiną odzyskałem kontakt ale już dawno z nią nie rozmawiałem. Była też Justyna.Dz. Też fajna dziewczyna ale jakoś bliżej z nią się nie przyjaźniłem ale podobała mi się. Była też Małgosia (nazwisko wyleciało) Też fajna mądra dziewczyna. Lubiłem ją pomimo tego że często mi docinała. Nie wiem tak do końca czy ona mnie lubiła. Miała coś w sobie co mnie przyciągało. Z nią też nie mam kontaktu a chciałbym. Najbardziej w 1999 zapamiętałem te osoby. Było wesoło i na lekcjach i na spacerach i wogule. Wiele razy zwłaszcza na salach dziewczyn pielęgniarki wyciągały mnie z pod łóżka. W 2003 pojechałem po raz trzeci do KBKi. Również wtedy poznałem świetne osoby. Jedną z nich był Maciek.P. Spokojny, inteligentny z charakterem chłopak. Wiedział doskonale czego chce i kiedy był czas na rehabilitacje to myśle że jasno widział cel i to czego oczekuje. Po godzinach jednak też był skory do żartów i można było z nim pogadać o wszystkim. Lubiał też po ciszy nocnej być dowcipny tak myśle ale na korytarzu nie zdarzyło mu się stać.. Przyjaźnimy się do dziś i mamy świetny kontakt. Maciek to taki dobry duch że tak powiem. Zawsze możemy na siebie liczyć :) Był też Tomek.S. Na początku pomyślałem, że troche cwaniaczek z niego. Szybko jednak okazał się świetnym gościem z którym można pogadać, pożartować i pobajerować dziewczyny. Potrafił też stanąć w czyjejś obronnie. Dużo też mi pomagał, bo nie byłem już taki sprawny jak 4lata wcześniej. Tomek również był bywalcem korytarza po ciszy nocnej. Z nim również mam kontakt do dziś. Był też Wawrzyk.B. Zwariowany, dowcipny gośc lubiący robić różne numery. Dusza towarzystwa, bardzo wygadany i mający swoje zdanie tak jak Maciek i Tomek. Myśle że był też troche pyskaty co tak jak i mi przysparzało mu to kłopotów. Z nim również mam kontakt. Był też Łukasz.L i Krzysiek. Z Łukaszem aż takiej przyjaźni dużej nie było ale fajny gość. Krzysiek natomiast był fajnym kolegą z którym można było pogadać ale mieliśmy też zgrzyty głównie z powodu dziewczyny. Kontaktu nie mamy ale spotkaliśmy się na weselu koleżanki 6lat temu. Pamiętam też dziewczyny. Spotkałem ponownie Iwonke.K. mieliśmy wiele do pogadania i koleżeństwo było większe niż poprzednio. Była też Sylwia.K. Ona była nieco młodsza od nas. Góralka ale drobna i skromna a za razem bardzo inteligentna jak na 13lat. Szybko jednak znaleźliśmy wspólny język i bardzo często rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Zawsze myślałem szkoda że nie jest starsza bo fajną by mogła być dziewczyną. Do tej pory mamy świetny kontakt i co najlepsze dotrzymała obietnicy i byłem na jej Weselu. Była też Kinga.G. również góralka, Miała mocny charakter ale również i z nią miałem wspólny język. Podkochiwałem się w niej w tym czasie. Mam z nią kontakt ale słaby. Była też Marta.Cz. ale z drugiego piętra. Początek nie był jakiś super ale z czasem się zarzyjaźniliśmy. Inteligentna, oczytana dziewczyna. Miała też czasem swoje chumorki. Była dość poważna jak na swoj wiek, ale poczucie chumoru też miała. Do tej pory mamy dobry kontakt. Pamiętam też Karoline.S. Drobna dziewczyna i nawet mi się podobała miała coś w sobie i była starsza. Też mogłem z nią pogadać na każdy temat. Pośmiać się i pożartować. Miałem z nią kontakt do pewnego czasu. Była też hmm Aneta choć nie jestem pewien. Była starsza pare latek ale jej oczy i jakiś magnetyzm jednym słowem śniła mi się po nocach. Była też Emila.M. Sympatyczna blondyneczka która mi się spodobała. Lubiałem z nią rozmawiać i też się podkochiwałem w niej o czym dobrze wiedziała. Nie mam z nią kontaktu. Co do reszty wszystkich pewnie nie pamiętam, ale dzięki tym wszystkim osobą klimat był niepowtarzalny. Myśle że powinienem opowiedzieć coś o tych przysłowiowych karach stania na korytarzu. Często było to dość zabawne. Jak z sali poszło kilka osób rozbawionych, to na korytarzyku była kontynuacja. Bywało tak że niektózi ściane ze śmiechu podpierali. Stanie na chłodnej częśći korytarza trwało tak długo dopuki ktoś się nie uspokoił, lub nie wyraził szczerej chęci poprawy. Natomiast w pojedynke już tak fajnie nie było, ponieważ chciało się spać. Wesoło również było na sali szkolnej, gdzie były filmowe seanse. Często zamiast filmu były rozmowy, lub czasem jak w moim przypadku obserwowanie dziewczyn. Mityczna winda też była fajna. Bardzo często się psuła i stało się między piętrami więcej niż 5 minut. Pielęgniarki i głównie wychowawcy też nadawali charakteru klinice. Było sporo pielęgniarek bardzo lubianych z którymi można było porozmawiać. Wychowawcy też byli fajni ale nie wszyscy. Część z nich lubiała brać nas na spacery po okolicy. Myśle że najlepszym z nich był p.Tadziu. Był stworzony wręcz do tej pracy. Wspierał tych słabszych w trudniejszych chwilach. Pożartował, pośmiał się, ale kiedy trzeba było  trzymał dyscypline i każdy liczył się z jego zdaniem. Może i byli tacy co mało słuchali tego co mówił, ale nie przypominam sobie takich. Co roku jak byłem w Zakopcu, zawsze go odwiedzałem w KBK. Dzięki niemu nie będąc pacjentem poznałem fajną blondyneczke. Miała na imie Monika.P. Bardzo fajnie się z nią rozmawiało podczas spaceru. Była troszkę zwariowana, ale miała coś w sobie. I ten błysk w oku. Utrzymuje z nią kontakt. Tak samo jak i z p.Tadziem, z którym spędziliśmy najfajniejsze Święta Bożego Narodzenia wraz z jego rodziną. Zakopane i KBK zawsze będą mieć specjalne miejsce w moim sercu. :)

 

Klimatyczne miejsce…

Klinika Ortopedii i Rehabilitacji w Zakopanem. Dla bywalców i tubylców znana bardziej jako KBK. To jedno z tych miejsc  w którym się zakochałem. I miejsce i ten wielki dom z charakterem, a raczej duszą. Pierwszy raz trafiłem tam w wieku 6lat. Przeprowadzoną miałem pierwszą operacje i rehababilitacje. Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Spędziłem tam sam okres 5 miesięcy. Jedyne co pamiętam to Mikołaja i 14letnią Anete z którą mam zdjęcie. Potem były kontrole aż 7 lat później trafiłem poraz kolejny na oddział na rehabilitacje. Cały teren był dość duży. Drzewa, plac zabaw, kort tenisowy lub do siatkówki jak kto wolał. Budynek stał w centralnym punkcie. Wielki z kilkoma skrzydłami, długimi tarasami na 1,2, i 3 piętrze i szpiczastym dachem typowo góralskim. Z jednej i drugiej strony były dwa wejśćia. Przy drugim był podjazd a obok mieścił się basen. Jak weszłem do środka czuć było charakterystyczny zapach gipsu, starego drewna, stołówki, i piwnicy. Mniej więcej na wprost była klatka schodowa, mityczna winda że tak powiem i blok operacyjny. Po prawej stronie była stołówka z drewnianym parkietem, stołami i krzesłami, a także salą gimnastyczną. W dalszej części korytarza był pokój wychowawców i inne pomieszczenia. Natomiast po lewej od wejścia był długi korytarz w którego głębi były gabinety lekarskie, gipsownia,rtg. Dalej mieściła się kapliczka typowo góralska i wejście na basen. Po długim oczekiwaniu zostaliśmy skierowani na pierwsze piętro gdzie był jeden z oddziałów. Już koło windy słychać było gwar. Gdy otworzyłem drzwi pozytywnie się przeraziłem bo korytarz był pełny młodzieży. Pomyślałem że to jakiś dom wariatów, ale druga myśl była taka że pewnie będzie wesoło. Po jednej stronie były sale dziewczyn a po drugiej chłopaków. Nie było ścian tylko typowe płyty ze stelarzowymi filarami i szybami. Płyty nie sięgały do sufitu więc wszystko było słychać co się dzieje. Na końcu korytarza była dyżurka, stolik telefoniczny i sala obserwacyjna, gdzie trafiało się po wyjściu z OIOMU. Za zakrętem w dalszej części była druga dyżurka, toalety i zbiorowy pryśnic. Dalej była typowa klasa szkolna która bardziej przypominała świetlice. Miała swój urok. Dalej były gabinety lekarzy. Sale były 5-6 osobowe i przypominały troche typowy szpital. Sala może była i typowa ale widok za oknem był niepowtarzalny jak dla mnie. Po prawej widać było Giewont a po lewej Nosal. Łóżko dostałem takie że jak się budziłem widziałem Giewont. Po mimo pozytywnego strachu szybko się zaklimatyzowałem a że byłem wygadany zaprzyjaźniłem się z weteranami odziałowymi. Po paru dniach poszłem na konsultacje odnośnie tego jaki zakres zabiegów mnie czeka. Sala konsultacyjna mieściła się na 3 piętrze w jednym ze skrzydeł. Było tam nisko, okna były małe co nadawało fajnego klimatu. Zlecono mi rehabilitacje potem łuski i kule. Kolejne dni kręciły się wokół ćwiczeń, szkoły, wieczornych komputerów i częstych spacerów z fajnymi wychowawcami. Tylko kilku często lubiało zabierać młodzież na spacer. Weekendy bez szkoły i rehabilitacji były luźniejsze, co nie oznacza że nudne. Co niedziele Msza Święta. W sobotę zbiorowa obowiązkowa kąpiel, pranie, zajęcia typu gry, komputery i spacery. Popołudniowa koszykówka też była popularna. Najciekawsze jednak były wieczory i noc. Piątkowe superkino w tvn było dla wybranych w których gronie często byłem. Wystarczyło pogadać umiejętnie z pielęgniarką. Często jednak seans się kończył jak na salce zrobiło się za wesoło. Kontynuacja często miała miejsce we własnej sali lub sali dziewczyn. Popularną wtedy karą za wybryki było zabieranie spodni i bielizny, lub stanie na chłodnym korytarzu przy dyżurce. Bardzo często mnie te kary spotykały bo zawsze miałem za dużo do powiedzenia. Stanie nocne na korytarzu też było całkiem zabawne. Jak były śmiechy to stanie się potrafiło zamieniać w długi okres czasu. A wiadomo w nocy łatwe to nie było ale zabawne. Kto jednak stał cicho szybciej wracał do pokoju. Zdarzało mi się też płakać jak patrzyłem jak ludzie wracają do w miare pełnej sprawności. Byłem młody bo miałem 13lat więc bardziej myślałem o dziewczynach, niż o problemach fizycznych. Przeżyłem tam pierwsze zauroczenia jak i pierwsze prawdziwe pocałunki. Byłem nocnym duchem na salach dziewczyn co sprawiało że często miałem kary. Czasami odpowiedzialnośc była zbiorowa jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wiele nocy tam przegadałem, i myśle że przez te 4 miesiące stałem się dojrzalszy. W tym okresie przeżyłem tam jedne z najlepszych Świąt Wielkanocnych. Wiele osób pojechało na przepustki ja nie, ale tam wszyscy byli jak jedna wielka rodzina. Wychowawcy i pielęgniarki też zaliczali się do nich. Mama do mnie wtedy przyjechała i mogłem zobaczyć dzięki niej jak wygląda lany poniedziałek w Zakopanym.  Cztery miesiące tak na mnie wpłyneły , że i gwara góralska się udzieliła.Nie sposób wszystkiego opowiedzieć co tam się działo. Poznałem wtedy wiele fajnych ludzi. Z niektórymi utrzymuje kontakt a z innymi nie.  Co roku jeździłem na kontrole połączone z wakacjami i 4 lata później znów trafiłem na oddział. Widok głównego wejścia troche mnie zaskoczył, bo zamiast stołówki i sali gimnastycznej zrobili nowoczesną recepcje i poczekalnie. Był też sklepik i stołówka ale bez klimatu i uroku. Winda też była nowoczesna ale z tamtą wiązało się wiele historii. Na piętrze też się wiele zmieniło. Sala rehabilitacyjna zamiast komputerowej. Sala szkolna też została przerobiona, toalety unowocześnione i łazienki ale to mnie nie dziwi. O reszcie zmian nie wspomne. Dawna KBK-a straciła część swojego uroku. Szkoły już w tym czasie nie miałem bo byłem w liceum, więc miałem więcej czasu na odpoczynek po rehabilitacji. Trafiłem znowu na tą samą sale i fajnych ludzi. Niektórzy stali się jednymi z najlepszych przyjaciół z którymi mam kontakt. Dni mijały działo się sporo jak zwykle zresztą. Ja już byłem dojrzalszy chodz miałem wpadki rozmaite i stanie czasem na korytarzu. Różnica była taka że byłem bardziej zdeterminowany na ciężką prace. Pokazywałem to często na wyciągu który nie był spacerkiem bo często przez łzy. Jak się okazało były tam jednak osoby dużo twardsze niż ja. Pamiętam dziewczyne która była najmłodsza. Miała niezłe skrzywienie kręgosłupa bo jak ją poznałem brode miała prawie przy kolanach i nie miała czucia w nogach. Leżała na brzuchu na wyciągu czaszkowym co myśle było wielką katorgą dla 11latki. Trwało to kilka tygodni to jej leżenie bez możliwości przekręcenia się. Posiłki też w tej pozycji. Nieraz łzy jej leciały, ale nigdy nie było szlochania. Zdarzało się w nocy że troche krzyczała z bólu. Bywało że niektórym to przeszkadzało. Myśle że była największą fighterką w całym budynku. Pierwszy raz tam trafiła i żadko się uskarżała. Za nim jej nie wzieli na operacje a potem wyciąg to częśćiej były łzy za rodzicami niż na tym wyciągu z bólu. To była taka inspiracja do walki że i ja na wyciągu normalnym często się katowałem. Dzięki czemu pozbyłem się 45 stopni przykurczu w nogach. Jak leżałem i łzy z bólu leciały to myślałem to nic przy jej bólu jaki miała bez przerwy. Jak zobaczyłem ją jak już opuszczała oddział to nie dość że byłem w szoku bo była wyprostowana i miała czucie w nogach. Płakałem jak dziecko. Zdarzało mi się to często. Każdego operowali i usprawniali a mnie nie. Cieszyłem się jednak że inni mają taką szanse. Było tam kilka osób które podziwiałem ale nie tak jak tamtą dziewczynke. Nauczyłem się tam jak się walczy z trudnośćiami i chorobą jaka Nas dotyka. Była to prawdziwa lekcja pokory jaka mogła mnie spotkać. Co do ludzi których tam poznałem to część pozostanie przyjaciółmi do końca życia. Inni natomiast jak tamta dziewczynka zostaą w głowie na zawsze. Miłość do tego miejsca też będzie wieczna. Budynek może się zmienia ale te wspomnienia i klimat jaki tam panował nigdy nie znikną. :)

 

Znieczulica, obojętność, odwaga i reakcja…

Często zastanawiam się czemu ludzie nie reaguja na ulicy? jak komuś dzieje się krzywda lub jak facet bije kobiete? To pewnie skrajne przypadki, co nie oznacza że, się nie zdarzają. To samo tyczy się młodzieży. Nie raz słyszy się chamskie odzywki jak zwrócisz młodemu człowiekowi uwage. Często ludzie nie reagują, lub nie zwracają uwagi. Dziwią się potem czemu młodzież nie ma szacunku dla starszych i robią co chcą. To samo w szkołach, żadnego poszanowania dla nauczyciela. Nie mówie że byłem święty, ale to nie znaczy żeby nauczyciela nazywać nie cenzuralnie. Myśle że starsze pokolenia miały więcej szacunku i bardziej liczyli się z rodzicami. Na ulicy też nieraz leży facet lub kobieta i pierwsze co słychać a pijak leży lepiej nie ruszać. Nawet taki człowiek potrzebuje czasem pomocy. Pisałem już jak to nikogo widok leżącego niepełnosprawnego nie ruszał. To co się teraz dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie. Młodzież siedzi pije robi burde. Ktoś się odezwie to odzywka typu: zamknij się suk.! Bywa że i jeszcze gorzej. To samo w domach. Sąsiad robi awantury, bije żone, dzieci płaczą, a sąsiedzi czasami udają że niczego nie słyszą. Co boją się pomóc czy boją się wtrącać bo co? Nie chcą się wtrącać lub boją się świadczyć w sądzie lub na policji. Lepiej usłyszeć w tv że doszło do tragedii. Mówią czasami że doszło do incydentu w autobusie, w parku, czy przystanku a gapie stali bo się bali Ktoś tam dzwonił na policje ale było za późno. Skoro stoi kilku facetów to jakby kilku zareagowało do tragedii może by nie doszło. Zmierzam do tego że jakby ludzie częściej stanowczo reagowali to może by tego nie było. Dla przykładu: Kiedyś wracałem ze spaceru późnym popołudniem do domu. Przyszłem i pomyślałem, a zrobie sobie szybką runde po mieście i wróce. Wypuściłem się jednak dość daleko nawet w jedną z dzielnic miasta. Chciałem oddychnąć za nim zaczne wracać, więc zatrzymałem się na przystanku. Stało tam małżenstwo z mniej więcej 10letnim dzieckiem. Kobieta i dziecko stali a facet siedział. Miałem muzyke na uszach więc nie słyszałem co się dzieje. Kobieta miała lekko głowe spuszczoną i smutny wyraz twarzy. Facet coś gadał i wyglądał jakby był na lekkim gazie. Wyłączyłem muzyke bo miałem dziwne przeczucie. Na dzień dobry usłyszałem końcowe słowo „kurwo” wyrwane z kontekstu. Jestem przeczulony na takich ludzi nie będe pisał dlaczego, bo to osobny temat. Postanowiłem się przysłuchać. Po chwili facet zaczoł wyzywać żone od różnych i wytykać jej błędy. Pomyślałem zamknij się i już aż się zagotowało we mnie. Po chwili skończył a ta pani wymownie się zmieszała i stała dalej. Następnie po chwili zaczoł znowu to samo. Pomyślałem powiedz raz jeszcze słowa „Ty kur..” a zamkne Ci buzie. No i zrobił to jeszcze raz. Zagotowało się we mnie i powiedziałem zamknij pysk gnoju. Na co gościu: a co Cie to obchodzi szczeniaku. Zaczeła się ostra dyskusja bez uprzejmości rzecz jasna. Kobieta zrobiła z pięc kroków od przystanku z miną jakby satysfakcji. Facet na koniec powiedział: wypier….j kaleko i ty suk. też Na co ja włączyłem wózek i co powiedziałeś ja kaleka. I z pełnym impetem i mocą wbiłem mu sie w nogi. Spadł z ławki na kolana i wpadł w szał. Mocno wycofałem i dobitka. Ręce przycisneły mu koła, zgasiłem wózek i powiedziałem: wbij sobie do głowy hujku że kobiete traktuje się z godnością i szacunkiem. A takich jak Ty powinło się zamykać i lać codziennie. Facet miał grymas bólu na twarzy. Zapaliłem wózek i spytałem uspokoisz się czy bawimy się dalej? Kiwnoł głową że nie przeprosił więc go puściłem. Wstał, usiadł na ławke i spuścił głowe. Kobiety i chłopca nie było. Szła w kierunku drugiego przystanka, dogoniłem ją i powiedziałem: niech pani odejdzie od tego wariata. Wzruszyła się i podziękowała że wkońcu ktoś zareagował a nie patrzył. Poczułem taką dużą satysfakcje i odjechałem. I tak sobie myślałem czemu ludzie mają taką znieczulice w sobie? Czy nie ma już ludzi z zasadami i jakąś odwagą? Gdzie ludzki odruch? Taki gośc tak naprawde jest miękki i kozak do słabszej kobiety. Jakby więcej takich osób było to w tv nie mówiliby o tragediach i chamstwie z jakim ludzie często się spotykają. Kobiety nie powinły siedzieć z takimi ludzmi choc czasem nie mają wyboru bo system kuleje i sprawca czasem jest bezkarny. Na ulicy czy skwerkach blokowych społeczeństwo też powinło bardziej reagować choć często bywa to ryzykowne. Jeśli pozwoli się na takie rzeczy to za pare lat człowiek będzie się bał z domu wyjść.

 

Coś o mnie…

Jestem osobą twardo stąpającą po ziemi. Cenie sobie ludzi uczciwych, lojalnych, wiernych, oddanych, szczerych. Nie akceptuje kłamców, pozerów, zdrajców, fałszywych ludzi. Brzydze się damskimi bokserami i chamami, któzi nie sznują kobiet. Uważam że kobiety powinły być traktowane uczciwie, z szacunkiem, bez oszustwa i ściemy. Nigdy nikogo nie oceniam pochopnie. Zanim wydam opinie musze przeanalizować fakty. Potrafie być oddany do bólu osobą, które podobnie postrzegają świat. Moja akceptacja innych to więcej niż przyjaźń. Kocham swoją rodzine i niektórych znajomych. Mam też dużo pasji do życia, ale bywa i tak, że mam słomiany zapał. Bywa też że potrafie być wredny dla tych co też mnie tak traktują. I mam taką zasade że nie podam ręki komuś kto, nie ma szacunku do kobiety. Często przez to miałem kłopoty bo zamiast ręki kazałem komuś spadać mówiąc łagodnie. Co do zainteresowań to interesuje się bardzo wieloma rzeczami. Od sportu i muzyki, po elektronike. Lubie czytać i jeździć, czasami na granicy ryzyka lub błędu. Od czasu do czasu lubie też sobie pograć. Co do reszty to myśle, że wszystkiego nie musze zdradzać :)

 

Toksyczni Urzędnicy itp…

” Świat jest piękny tylko ludzie to ku*wy ” często się zastanawiam czy coś w tym jest. Życie jest piękne, a bardzo często ludzie kładą nam kłody pod nogi. Utrudniają życie zamiast pomóc. Później się dziwią że opisują ich w gazetach, lub telewizji a wystarczy tak niewiele. Przykładów jest mnóstwo np: Staraliśmy się pare lat o godne warunki do życia, ale jak to bywa pewna pani z mieszkaniówki skutecznie sie upierała. Twierdziła że osoba niepełnosprawna nie potrzebuje ani własnego pokoju ani suchego mieszkania, bo według niej w naszym mieście niepełnosprawni mieszkają w piwnicach. Urząd chciał pomóc ale pani robiła wszystko żeby się to nie udało. Następnym takim przykładem jest walka o podjazd. Wspólnota tzn lokatorzy wyrazili zgode raz, potem drugi raz. Ale to nie wystarczyło bo pewien dyrektor podjoł decyzje że jednak nie zrobią. Napisali że wspólnota żadnej zgody nie dała. Co jest bzdurą. Pracownicy prefektu: brakuje dwóch podpisów a dyrektor swoje, że wspólnota zgody nie dała. Zdecydowali na zebraniu gdzie były raptem 3 osoby z 12. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kase. Koszt jest nie mały, tylko że kase daje Urząd a nie zarządca. Pieniądze lepiej przeznaczyć na coś innego. W telewizji też słychać. Rodzina walczy o podjazd w klatce. Robią prowizorke ze wspólnotą i za zgoda. I jak to bywa mądry urzędnik nakazuje likwidacje bo nikt zgody nie dał. Często się słyszy o takich przypadkach, ale przecież urzędnicy państwowi wiedzą lepiej jak mają żyć niepełnosprawni. Po co pomagać a dowalmy, utrudnijmy ich życie niech się męczą razem z rodziną. Decydują o naszym życiu i wręcz nakazują jak żyć. Zastanówcie się to oni są dla nas, a nie my dla nich. Mówią że jesteśmy roszczeniowi, ale czy by tak było jakby nie utrudniali życia? Życie przecież jest piękne. Należy się nim cieszyć, ale jak to robić skoro skazują nas na siedzenie w domu. Co z tego że walczymy, wychodzimy, ale często kosztem naszych bliskich. Skoro wiedzą jak mamy żyć, to niech oddadzą nam swoje zarobki, lub diety. Zobaczą jak żyje się naprawde to wtedy pogadamy. Zwykli ludzie zresztą też często mówią jak mamy żyć i postępować, ale to nie oni dają nam jeść. Można posłuchać dobrej rady przyjaciół lub rodziców, ale nie innych któzi nie mają często zielonego pojęcia o życiu niepełnosprawnego. Gdyby każdy kto siedzi na stołku, lub osoby prywatne miały więcej oleju w głowie, to życie było by piękne. Nasza choroba wtedy byłaby dodatkiem a nie utrudnieniem. Walczmy :)

 

Choroba…

Wszystko zaczeło się w wieku 5lat, kiedy to mama zauważyła że coś z moim chodzeniem i bieganiem jest nie tak. Lekarze byli mądrzejsi, ale wkońcu ktoś się wyznał. Potem Warszawa, biopsja i wszystko było jasne Dystrofia Mięśniowa. Następnie w wieku 6lat była operacja na ścięgna Achillesa, która prawdopodobnie jak mówili lekarze przedłużyła chodzenie. Wiele nie pamiętam z tego okresu. Wyraźne wspomnienia i odczucia zaczynają się od Pierwszej Komunii. Nie było łatwo oswoić się z tą myślą. Na początku zbyt wiele o swojej chorobie nie wiedzialem. Byłem świadomy tego że zanikają mi mięśnie i że nie bardzo mam na to wpływ. Nie mogłem robić wielu rzeczy, biegać, skakać jak inni, czy grać w piłke. Co nie oznacza że tego nie robiłem. Jedyne co kochałem to był rower. Nauczyłem się jeździć w wieku 5 lat, i przez następne 8lat dopuki nie przestałem chodzić to jeździłem. Rower ułatwiał mi życie od kwietnia do września najczęściej bo wtedy było ciepło. Łatwiej było mi jeździć niż chodzić, ponieważ na rowerze mniej się męczyłem i nikt się ze mnie wtedy nie śmiał. Często miałem kłopot jak się przewróciłem, bo potrzebowałem ściany lub jakiegoś murka żeby się podnieśc. Czasem ktoś m pomógł, a czasem musiałem z środka chodnika lub ulicy dojśc na czworaka do ściany, ewentualnie do krawężnika, bądź czegoś na czym można było się podeprzeć. Co roku też jeździłem do sanatorium na rehabilitacje. Zawsze było fajnie, ale jak patrzyłem na moich rówieśników którzy jeżdzą już na wózkach to przykro mi się robiło. Miałem taką przemijającą myśl że też może mnie to czekać. Myślałem wtedy sobie, że ja się nie dam i będe chodzić jak najdłużej a na wózek nie siąde. Wyganiałem tą myśl z głowy bardzo często i skutecznie. Z każdym rokiem niestety było coraz gorzej i w wieku 13lat przestałem chodzić. Dokładnie w 13-ste urodziny, byliśmy w tym czasie w sanatorium. Nie było już najlepiej, męczyłem się, przewracałem się bardzo często. Przyszedł dzień, że rano chciałem wstać z łóżka i za każdym razem upadałem. Próbe powtarzaliśmy kilka razy z mamą, ale  bez skutecznie. Dotarło wtedy do mnie, że już nigdy nie stane na nogach i, że już pewnie więcej nie siąde na rower. Wróciliśmy po turnusie do domu i jedyne co pamiętam, to płacz i brak ochoty na cokolwiek. Ten stan długo nie trwał bo miesiąc później pojechałem sam na rehabilitacje. Dopiero w tym klimatycznym miejscu które przypominało duży dom, zobaczyłem co tak naprawde oznacza walka i przeciwności losu. Pozatym tam nie było czasu na myślenie. Po jakimś czasie wstawili mnie w łuski, dali kule i znów mogłem poczuć co znaczy stać na nogach. Odzyskałem wtedy nadzieje że może wstane z wózka. Po paru miesiącach spędzonych na rehabilitacji wróciłem do domu. Zamówiliśmy plastikowe łuski bo wcześniej miałem gipsowe. Trwało to niestety za długo i jak już dostałem łuski próba stawania na nogi okazała się fiaskiem. Nie byłem w stanie utrzymać już pełnej równowagi. Osłabł kręgosłup i był to kolejny dramatyczny moment dla mnie. Zastanawiałem się co teraz będzie. Jak będe żyć? Mam 14 lat i co zostane już na wózku? To po co żyć. Czasami zadawałem sobie to pytanie. Z czasem postanowiłem, że się nie poddam i będe walczyć o to żeby nie było gorzej. Sporo ćwiczyłem. Na wózku odpychałem się nogami nie rękami, dużo kucałem, rozciągałem się i ćwiczyłem ręce. Sprawność jednak w niewielkim stopniu traciłem, głównie w szpitalach jak leżałem. Za każdym razem jakaś cząstka sił mnie opuszczała i nic nie mogłem na to poradzić. Myśl o utracie sprawności wracała jak bumerang. W szpitalu częściej niż normalnie. Często jak miałem gorączke, to zamiast leżeć w łóżku które wyciąga siły, to siedziałem z kroplówką na wózku, żeby sił nie tracić. Z czasem było coraz trudniej utrzymywać sprawnośc na jednym poziomie. Siły uciekały ale myśle że przez gimnazjum aż do momentu końca liceum wiele ich nie straciłem. Byłem wtedy w stanie samemu przesiąśc się na wózek. Jakiś czas po końcu szkoły nabawiłem się kontuzji ręki i miałem problem żeby się podnieśc na łóżku do pozycji siedzącej. Bardzo mnie to bolało że znowu coś straciłem ale i przez to miałem kłopot z poruszaniem się na wózku. Pomyślałem a trudno jakoś to będzie. Z każdym następnym rokiem było coraz trudniej. Szpital raz, szpital drugi raz i mięśnie osłabły jeszcze bardziej. Co za tym szło przybywały i rosły moje obawy. Co teraz, nie jestem już taki samodzielny, będe potrzebować pomocy innych, która kobieta zwiąże się z kimś takim niesprawnym jak ja itp. Narastała też frustracja, że wielu rzeczy już nie moge zrobić sam i że ktoś musi mi pomagać. Myśl że traciłem niezależnośc dokuczała mi na każdym kroku. Owszem miałem już wózek elektryczny i mogłem jeździć sam, ale w innych kwestiach już musiałem liczyć na pomoc innych. Doszedłem wkońcu do jakiejś granicy i po pewnym czasie pogodziłem się a raczej zaakceptowałem mój stan. Wiedziałem że nie wróce już do dawnej sprawności i świetności mięśni pomimo rehabilitacji i cwiczeniom fizycznym które bardzo lubiłem. Teraz jest jak jest i trzeba to akceptować czy się nam to podoba czy też nie. A czym prędzej dojdziemy do porozumienia z samym sobą tym będzie łatwiej nam żyć. Co nie znaczy że przestaniemy cokolwiek robić. :)

Niebezpieczeństwo…

Słoneczny dzień wyszłem na popołudniowy spacer, w dość uczęszczane miejsce. Pomyśleć przy wodzie i wyciszyć się, co zawsze mi pomaga. Po dwóch godz wracam tą samą drogą pusto w oddali 3 chłopaków. Stanołem żeby odpisać na smsa i słysze jakieś epitety krzyki po nazwisku. Pomyślałem będzie wesoło a że nie należe do osób które się mocno boją albo które paraliżuje strach Więc dokończyłem pisać, i powoli ruszyłem do domu. Goście się zbliżyli, i staneli na drodze zero opcji wyminięcia. Więc zostałem na wzniesieniu bo byłem wyżej od nich (lekka przewaga psychologiczna). Nie znam a oni do mnie po nazwisku że teraz dostane wpier… i że nie przejde. Wyśmiałem ich i powiedziałem żeby mnie przepuścili. Oni w zaparte nie i już bliżej staneli, więc ja jeszcze raz grzecznie żeby mnie puscili. Oni już agresja bo chciał szarpnąc za reke w której miałem telefon. Leki unik wózkiem zrobiłem adrenalina skoczyła więc i przeszłem w atak jak oni. Powiedziałem puście mnie kur.. jak nie chcecie mięc problemów. Zaczeli skakać z łapami a że jeden stał bokiem nieco niżej niż ja więc z pełnym impetem wjechałem w kolana. Wyłożył się jak długi, ostro w lewo i już drugi zaczoł się bronić. A trzeci prubował mnie z tyłu przytrzymać i uderzyć. Zrobiłem pełny obrót przycisłem tego co chciał wstać. Była ostra wymiana słów a oni się odsuneli i mówili żebym puścił kolege na którym prawie stałem. Jak to zrobiłem dostałem po nogach i zobaczyłem jak jakis facet biegł i krzyczał zostawcie go. Oni uciekli odgrażając się a ja odetchnołem z ulgą. Ale ten facet chwile stał przy mnie bo ręce mi chodziły no i chciał na policje dzwonić. Ale odmówiłem. Był zdziwiony nie tylko tymi chłopakami ale tym jak sobie poradziłem. (szkoła kolegi do obrony). Podobną sytuacje miałem w mniej uczęstrzanym miejscu ale tam pomógł mi jeden chłopak za nim do czego kolwiek doszło.Obecnie kolega. Innym razem jechałem do koleżanki, na skwerku grupka osiedlowa zaczeła się wyśmiewać ale podeszłem do kolegi co kiedyś pomógł i porozmawiał z nimi. Sytuacje były różne ale prawie zawsze kończyły się szczęśliwie. I to nie jest tak że moje środowisko jest temu winne, poprostu mam takie szczęscie lub nieszczęście do takich sytuacji. Często liczyłem na czyjąś pomoc na ulicy ale często musiałem sobie radzić sam. Co nie znaczy że później zostawiałem to bez rozwiązania. Nie wiem z kąd biorą się tacy ludzie. Szukają słabszych i takich co nie są w stanie się obronić. To jest chore poprostu chore. Przecież nikomu nie wadzimy a tym bardziej nie prowokujemy bo po co. Pewnie niektóźi nas nie akceptują albo wózek na chodniku przeszkadza czasem i podróżowanie. Miasto spokojne ale wszędzie znajdą się czarne owce którym coś przeszkadza. Smutne i niepokojące jest to że w tych czasach dochodzi do takich sytuacji. :(

Inny Świat…

Kilka lat temu byłem pare razy zagranicą, w jednym z bogatych państw europejskich. Nic w tym pewnie nie było by nadzwyczajnego gdyby nie mentalność i podejśce ludzi do osób niepełnosprawnych. Poszłem z kolegą na wieczorne oglądanie miasta. Po godzinie żeby odpocząć usiadliśmy na przystanku. Po chwili podjechał autobusik który nie był nisko podłogowy. Kierowca wysiadł i zapytał czy nie jedziemy, bo jeśli tak to on zadzwoni i podjedzie autobusik przystosowany. Podziękowalśmy i odpowiedzieliśmy że tylko odpoczywamy. Spojrzałem po tym na kolege z otwartą buzią i byłem w szoku,że coś takiego miało miejsce. Następnego dnia zawitaliśmy do dużego sklepu żeby zrobić zakupy. Kolega na jeden dział ja na drugi. Nie mineło 2minut podchodzi do mnie pani i mówi że ona pomoże mi zrobić zakupy i czego potrzebuje. A że ludzi było sporo zgodziłem się, i po raz kolejny byłem zdziwiony. Dzień lub dwa dni później wybraliśmy się do klubu, żeby troche się pobawić. Nic w tym dziwnego gdyby nie fakt że zatrzymał nas ochroniaż który zaproponował pomoc. Byliśmy w kilka osób więc nie myśleliśmy żeby brać kogoś jeszcze do pomocy. Powiedziałem do kolegi że ja tu zostaje. Na tej naszej zabawie podchodziły dziewczyny i zagadywały, co raczej w Polsce się nie zdarza. Takich sytuacji było kilka. Innym razem jak przyjechałem znowu tym razem na dłużej wracaliśmy z festiwalu jazzowego. Było coś grubo po 2 w nocy. Do miejsca pobytu ale to nie problem. Organizator zadzwonił po taxi które okazało się busikiem przystosowanym, ale i skóry też z nas nie zdarto. Zaskakujące było to że godzina nie miała znaczenia i zero problemu. Rozmawialiśmy z organizatorem i mówił że nie zawsze tak było. Tzn mentalnośc się nie zmieniła ale ustawy i przepisy ułatwiające życie wózkersą i nie tylko. Po czym doszliśmy do wniosku że Polska jest lata świetle od tego tutaj. Mentalność podejście które szokowało, że ludzie mają taki życzliwy stosunek do niepełnosprawności. Tam ludzie na ulicy nie przyglądają się i nie patrzą na ciebie jakby kosmite widzieli. A jak widzą że potrzebna pomoc to pomagają a nie przechodzą obojetnie o czym pisałem w poprzednim wpisie. Od tamtego czasu myśle że nadal ich nie dogoniliśmy zbliżyliśmy się co najwyżej o jedną galaktyke w 5 stopniowym układzie. Może kiedyś w Polsce się to zmieni całkowicie :)

(Pomoc) Społeczeństwa…

Był pochmurny dzień. Było po deszczu. Jechałem na rehabilitacje drogą gdzie są schody i podjazd. Pokonywałem to miejsce wiele razy. Tym razem na górze było coś rozlane ale miejsce było żeby to wyminąć. Niestety błąd i nie udało się. Wpadłem w poślizg, obróciło mnie w poprzek i spadłem na bok wózkiem z połowy podjazdu. Przygniotło mi ręke nie mogłem się wypiąć. Przez ponad 10 minut mineły mnie 3 osoby facet i dwie kobiety pomimo że prosiłem o pomoc odpowiedź brzmiała Nie mam czasu. Pozostali niewzruszeni pomimo że krew z nosa ciekła mi po buzi. Podniósł mnie jakiś starszy pan i 2 gimnazjalistki. Wózek nie zapalał ręka bolała a tel utknoł w siedzeniu. Krew ciekła znowu. Dopiero po 20 minutach i wzmorzonym ruchu pomogła mi znajoma pani i zatamowała nos. Zero zainteresowania innych. Jakis czas pózniej wracałem o 22 do domu. W połowie drogi padł wózek i komórka.Pytanie co teraz?  Do domy daleko do kolegi też i żadnego żywego ducha. Domy daleko żeby wołać o pomoc, więc czekam. Po pół godziny idą 2 panie. Wołam więc ale kobiety spojrzały skręciły w uliczke i poszły. Chwile później jechał samochód szyby otwarte krzycze i nic.Po godzinie widze idzie znajoma mamy. Poprosiłem żeby do mamy zadzwoniła albo kolegi podam numer. Nie miała nic na koncie i odchodzi. Długo nie myśląc mowie to ma pani po drodze komisariat to podejść i powiedzieć. Takneła i poszła ale kamień w wode. 2 minut później kolega z mamą przyleciał. Po raz kolejny znieczulica brak zainteresowania. Kiedyś pojechałem do innego miasta do lekarza chłodny listopad. Załatwiłem wszystko szybko na przystanek. 20 minut do autobusu więc czekam bo to ostatni. Po oczekiwaniu patrze jedzie bus co jest? Kierowca inny pytam więc gdzie autobusik przystosowany? Szefowa odwołała odpowiedział. Zabierze mnie pan? Wózek nie wejdzie odpowiada. Pytam to co mam teraz zrobic? Wzruszył ramionami. Następny bus pytam ale podobna odpowiedz. Czekam kolejne minuty zimno już mocno mi się zrobiło. Podjechał nastepny pytam czy zabierze bo już byłem zdesperowany gościu odpowiada a gdzie niby wózek włoże a pozatym ludzie nie wejdą wtrąca sie pani no właśnie nikt nie przejdzie. Mówie że zmarzłem jak mam wrócić? Kierowca na to to już nie moja sprawa. Wybuchłem szklanki w oczach ale wózkiem z takim impetem trzasłem w drzwi które z hukiem się zamkneły. Kierowca wyszedł i hallo chciał zrobić. Powiedziałem pare słów i odjechałem. Zadzwoniłem do domu mama do przewożnika co autobusik zdjoł. Skonczyło się awanturą, skargą w Urzędzie Marszałkowskim i powrotem taksówką do domu. Miałem sporo takich sytuacji często liczyłem na pomc ale bez reakcji. Czasem zdarzył się dobry samarytanin ale żadko. Byłem też w niebezpieczeństwie liczyłem że ktoś pomoże a tak naprawde często musiałem poradzić sobie sam a czasem ratowali mnie znajomi. Totalna znieczulica brak zainteresowania. Duże miasto i takie podejście a jestem dośc rozpoznawalną osoba bo jestem aktywny. Społeczeństwo zapatrzone w czubek własnego nosa, a wystarczy tak niewiele żeby komuś pomóc w trudnej sytuacji na ulicy. Jest też druga strona medalu i mentalnośc, ale o tym innym razem. :)

MAMA…

To najważniejsza osoba na świecie.!!! Dzięki niej jestem na świecie. Zawdzięczam jej wszystko. Wychowała mnie i braci praktycznie sama, i napewno nie było i nie jest jej łatwo. Ciągle sama, sporo rzeczy jest na jej głowie, i żadko jest ktoś kto ja odciąża od tego wszystkiego. Staram się być dla niej wsparciem psychologicznym, bo fizycznym nie moge. Mama zawsze jest przy nas w dobrych i tych złych chwilach. Zawsze jest dla nas oparciem. Ciągle walczy o to żebyśmy mieli lepiej w życiu i stara się jak może. Jest też dobrą koleżanką, z którą można porozmawiać prawie na każdy temat. Zawsze doradzi, wesprze, lub wyrazi własne zdanie na dany temat. Popycha nas abyśmy nie rezygnowali i spełniali własne marzenia. Kocha nas całym sercem, a my kochamy Ją. Zawsze i ona może na nas liczyć. Poświęciła dla nas całe życie. Dziękuje mamie za wszystko. Za to że dała nam życie, za miłość, za poświęcenie, za wspieranie, i za znoszenie naszych chumorów i wogule za to że jest. Dziękujemy mamo  Kochamy Cię. Jesteś naszą BOHATERKĄ..!!

Chwila na refleksje..

„Wspomnienia to najważniejsze co Nam pozostaje. Zapamiętujemy te najbardziej wzruszające, płynące z głębi serca zapisane do końca życia” Każdy z nas pewnie takie ma które często Nam towarzyszą. Czasami przypominanie takich fajnych momentów poprawia nam chumor, lub stawia na nogi. Niektórym pewnie i łza może się zakręcić. Myśle że ważne jest żeby je mieć ale i korzystać z życia na tyle ile się da. Kiedyś lata przeminą, a My zdamy sobie sprawe że przegapiliśmy je i nic nie skorzystaliśmy i brak wspomnień. Ważne żeby się nie ograniczać, i mieć takich ludzi koło siebie z którymi warto będzie przeżyć przygody warte wspomnień. Czasami jak słysze o ludziach którzy z powodu choroby zamykają się w sobie czy też w domach to mi się smutno robi. Takie myślenie i podejście na dłuższą mete do niczego nie prowadzi, a powoduje że czujemy się gorzej. Owszem czasami wyjście z domu to wyprawa lub lekka przeszkoda, ale trzeba podjąć rękawice prubować, walczyć , i starać się wygrać i do celu. Chodź nie koniecznie za wszelką cene. Nieraz wyjście z domu może coś zmienić a nawet i całe życie. Nigdy nie wiadomo kogo lub co Nas może spotkać. Z marzeniami jest podobnie. Niektóre są łatwiejsze, a inne trudniejsze do spełnienia. Jak będziemy siedzieć na tyłku i nie podejmiemy jakiejś walki, to żadnych ne spełnimy. Sam mam marzenia łatwe bądź trudniejsze do spełnienia. Wszystkich pewnie nie zrealizuje, ale nigdy nie wiadomo jak to będzie lub co się wydarzy. Wcześniej po tym wszystkim co mnie spotkało, myślałem że już nic mnie nie czeka i nie spotka, że respirator mnie ograniczy. Jednak odzyskałem wiare, że moje życie na tym się nie kończy i muszę iść dalej. Dziękuje mamie,Bogu i przyjaciołom a także pewnej Pani za pomoc w odzyskaniu wiary w siebie. A Wy pamiętajcie, nie rezygnujcie z marzeń i nie ograniczajcie się bo życie jest tylko jedno, i nikt go za Was nie przeżyje :)

Kobiety i tolerancja..

Na początku zaznaczam że nikogo nie chce urazić. Zastanawiam się o co tak naprawde chodzi kobietą zwłaszcza w szukaniu miłości. Mówią że liczy się głównie charakter, wnętrze ale to nie do konca prawda. Zwracają dużą uwage na wygląd a nie na to co reprezentujesz ze Sobą. Bardzo często słysze wiesz fajny z Ciebie facet i kolega ale nic z tego nie bedzie. I czemu pewnie boją się odpowiedzialności albo je to przerasta. Po co mieć takiego faceta któremu trzeba pomagać skoro można mieć zdrowego nie koniecznie tak dobrego. Czasami też nie mowią grzecznie a chamsko np: Po co mi ktoś taki, lub kaleki albo upośledzony fizycznie. I bywa że mówią to kobiety które są inteligentne albo takie udają. A może status majątkowy ma znaczenie bo znam przykłady że kobiety są z niepełnosprawnym właśnie dla pienędzy. Gdzie jest ta tolerancja i wrażliwość. Czy strach przed odpowiedzialnośćią musi pozbawiać nas szczęścia? Też mamy do tego prawo. Życie w samotności bardziej boli niż choroba która Nam towarzyszy. Nie mówie że wszystkie kobiety są nie tolerancyjne bo gdzieś są normalne które nie patrzą ze strachem na niepełnosprawnych. Pytanie gdzie ich szukać? A jak już się zdarzy że ktoś się pojawi to na dłuższa mete albo ściema albo rogi. Nie wiem może mam złe doświadczenia ale nawet jak jesteś uważany za kogoś odpowiedniego, to jakbyś chciał się zbliżyć to nagle przestajesz być fajny. Nie wiem może mam złe doświadczenia ale jak ciągle się to słyszy to zaczyna się wątpić w uczucie które będzie bez względu na chorobe czy jakąś dysfunkcje. Każdy ma prawo do szczęścia bez względu na wygląd czy sprawnośc. Ale czemu pryzmat wózka zasłania wszystko. Dlaczego nie zastanowć się a może ten facet będzie nie tylko świenym przyjacielem ale kimś więcej. Kimś kto odda całe serce i da prawdziwe szczęście i zawsze będzie gotów oddać wszystko dla Swojej miłości, bez kłamstwa i tego całego bajeru. Czasami bywa że odrzucają szanse na coś prawdziwego na rzecz czegoś niestabilnego. Każdy szuka czegoś innego ale każdy też pragnie miłości i szczęścia, a nie dyskryminacji i braku tolerancji. Nie każdy jest ideałem i nie każdy jest dobry ale czemu nie dać szansy takiej osobie??

Środowisko..

Po tym co będe pisać w następnych wpisach, wielu pomyśli pewnie obracał się w taki środowisku że go to spotykało. Otóż Nie. Znajomi jakimi się otaczam to głównie ludzie z zasadami które ja cenie. Lojalność, uczciwość, szczerość a czasami oddanie no i szacunek do kobiet. Twardo stąpające po ziemi i nie dający sobie w kasze dmuchac. No i na które mogłem liczyć w trudnych sytuacjach. Częśc z nich jeździła ze mną na wakacje. Zawsze zaufane, odpowiedzialne osoby przy których czułem się bezpiecznie i pewnie. Więc jeśli ktoś pomyśli że to wina środowiska to będzie w błędzie.

Kaleka, Współczuje itp..

To słowa których nie znosze. Na to pierwsze mam alergie. Często się słyszy: jaki fajny chłopak a taki chory współczuje, albo Ja pani współczuje. To wcale w niczym nie pomaga, a więcej dołuje. Co komu po współczuciu życie się od tego nie zmieni. Przyjdź pomóż zapytaj a nie dołuj czy lituj się. Bo to nie potrzeba litości. Często ludzie puszczają w kolejkach, no ok chcą być uprzejmi ale to nie uprzejmość. Czasami pytam u lekarza czemu pan mnie puścił lub pani? A bo pan bardziej chory to aż ręce opadają. Tak samo ludzie często głównie starsi używają słowa Kaleka zdarzają też się młodsi a nawet dzieci. Mówi się osoba niepełnosprawna albo chora. Ktoś kto ma nogi chore albo kręgosłup albo nie ma nóg to dalej nie jest kaleka. Młodym czasem nie da się wytłumaczyć, używają tego do obrazy albo prowokacji. Niektózi znajomi są bardzo przeczuleni na to słowo. A dzieci hmm niektóźi rodzice na pytanie co temu panu jest? odpowiadają a bo ten pan jest kaleki albo upośledzony. Potem dzieci powtarzają. Kiedyś dzieci znajomych w szkole zapytały co oznacza to słowo a pani że to chora osoba. I to nazywa się edukacja :) Pewnie że nie każdy tak edukuje ale zdarza się. A litość też drażni jak ktoś z litośći Ci pomoże co często widać po wyrazu twarzy. Kończąc temat litość czy współczucie może narobić szkody. Ale są wyjątki jeśli powie to dziewczyna: jaki biedny, współczuje i do tego przytuli. Odrazu lepiej na serduszku prawda? :)

Oddanie i Lojalność..

To dla mnie najważniejsze cechy charakteru. Z tym oddaniem u innych bywa różnie bo raczej dotyczy to rodziny niż bliskich znajomych. Można być oddanym jakiejs pasji niż znajomym. Lojalność u niektórych też kuleje. Z lojalnośćią często idzie w parze fałsz i obłuda. Ludzie często mają maski na twarzy udają że kogoś lubia lub akceptują a często to nie prawda. Nadarza się okazja i wbijają często nóż w plecy albo za plecami myją Ci tyłek ile tylko się da. W oczy przyjaciele a za plecami sku……! U mnie to tak działa że jak już koleżeństwo to do końca albo wcale. Za większośc oddalbym życie i nie tylko w sensie np nerki ale dosłownie. Ktoś pewnie powie głupio gada a co do czego to by uciekł. A to nie prawda. Nie chce się zagłębiać bo bym wszedł na inny temat ale jak oddanie i lojalność to do końca i nie ma tu gdybania warto czy nie warto bo dla prawdziwych ludzi zawsze warto. Niestety nie każdy posiada takie cechy które dla innych są ważne ale myśle że dla niektorych osób niepełnosprawnych jest to ważne jak nie najwazniejsze choć i tu dochodzi również zaufanie.

Przyjaciele i Rodzina..

Zaczne od rodziny bo w moim przypadku świetnie sprawdza się powiedzenie: ” z rodziną to się dobrze wychodźi na zdjęciu” i to prawda. Babci i dziadka nie mam w sumie nigdy ich nie było pomimo tego że nadal żyją. Czasem się widzi jak wnuki idą z dziadkami na spacer, albo na lody i aż fajnie popatrzeć że ktoś inny ma to szczęście. Święta to najgorszy okres bo wtedy robi się naprawde przykro. Pewnie pomyślicie że jest jakis konflikt ale tak nie jest. Ciocia, wujek, kuzynki żadko się pojawiają. Na Święta też nie ma tego pojednania pomimo że są mile widziani. Kiedyś było inaczej ale nie wiem czy respirator to zmienił a może jest inny powód o którym nie wiemy. Liczyć moge tylko na mame i brata. Przyjaciele tutaj też wiele się zmieniło. Zawsze byli wokół mnie, wspierali, pomagali jak była taka potrzeba. Dzwonili, zapraszali obecnie została tylko garstka z czego większośc wyjechała za pracą zagranice. Ci co zostali to może dwóm osobą zależy żeby odwiedzić lub z domu wyciągnąć ale i to kuleje. Powiecie każdy ma Swoje życie, obowiązki i to prawda. Lecz mówienie nie mam czasu a potem zamieszczanie zdjęć z imprez na fb jest nieuczciwe. Bez respiratora tak a z respiratorem nie to daje do myślenia prawda? Być może wynika to ze strachu, bo to coś nowego, większe utrudnienie ryzyko że być może będzie się coś dziać ale to się nie zdarza. W szpitalu regularnie co chwile a jak w domu to już nie. Każdy potrzebuje kogoś na miejscu kto go odwiedzi lub z domku wyciągnie i oderwie od tych wszystkich myśli. Wiadomo przyjaciele którzy są zagranicą to raz do roku jak są to się pojawiają lub piszą.Oni nie zawodzą tak samo jak przyjaciele których mam w całej Polsce. I za to dziękuje i duży szacunek. Widać że zostali Ci prawdziwi a z pseudo dałem Sobie już spokój.

Powrót do normalności..

Po tym jak zrobili mi Tracheotomie i podłączyli
respirator wróciłem do domu po tym szpitalnym koszmarze o którym też napisze.
Długo nie mogłem dojść do siebie. Przez pierwsze 2 miesiące zastanawiałem się
jak teraz będzie wyglądać moje zycie? Jak teraz będe żyć? I co teraz? Mało
rozmawiałem z mamą i bratem.Prubowałem oswoić się z myślą że moje życie się
teraz zmieni i nie będzie takie jak kiedyś.  Zadawałem sobie pytanie
dlaczego mnie to spotkało? Może Bóg mnie wybrał z jakiegoś powodu żeby zmienić
coś w moim życiu na lepsze, tego nie wiem, ale może kiedyś znajde na to
odpowiedź. Po tych miesiącach zadawania sobie pytań pomyślałem a może już dość
tego zadręczania się pytaniami i płaczem pora wziąśc się w garśc, uśmiechnąc
się i wyjśc z domu. Nie było to jednak takie proste bo czułem się słaby po tym
wszystkim psychicznie i fizycznie Musiałem walczyć sam bo, większośc moich
przyjaciół lub pseudo przyjaciół się odcieła i przestała przychodzić z
niewiadomych mi względów, chodź w szpitalu odwiedzali mnie regularnie Zostali
tylko prawdziwi któzi robili co mogli żeby postawić mnie pionu ale bez
skutecznie bo to była moja wewnętrzna walka z samym sobą. Potrzebowałem
jakiegoś impulsu lub bodźca który postawi mnie na nogi. Mama z bratem robili co
mogli, wspierali mnie w tej walce ale potrzebowałem przyjaciół których
brakowało momentami. Następne miesiące wyglądały już dużo lepiej. Wyszłem
wkońcu z domu po długiej przerwie z uśmiechem ale to była dobra mina do złej
gry. Wyjście zamiast być przyjemnością jak do tej pory stało się wyprawą i
lekkim stresem w której nikt nie pomagał.   Nie mogłem już iść sam i
musiałem mieć kogoś koło siebie w razie czego. Nie byłem do tego przyzwyczajony
bo zawsze jeździłem sam. Następne miesiące sporadycznych wyjść i żadkich odwiedzin
nie pomagały pomimo że dwe koleżanki robiły co mogły żebym poczuł się lepiej,
ale brakowało kolegów wokoł mnie. Owszem zjawił się jeden ale to była kropla w
morzu. Po tym jak wyjechały koleżanki wracałem do punktu wyjścia i znowu
zaczołem się zastanawiać. Mama nadal wspierała ale czasem i przed nią musiałem
udawać że jest ok choć świetnie się rozumiemy. Nagle z dnia na dzień pojawiło
się światełko w tunelu a konkretnie kolega nie bliski który postanowił wyciągać
mnie z domu. Troche mnie to budowało że wkoncu komuś zależy zwłaszcza koledze
ale nie do konca to wystarczało. Zmieniła mnie dopiero rozmowa ze świetnym
lekarzem który uświadomił mi jak wygląda moja sytuacja zdrowotna. Natomiast
wizyty lekarzy z wentylacji kompletnie mi nie pomagają bo Ci lekarze to chyba negatywny typ ludzi. Obecnie trzymam się lepiej ponieważ mam mieszane dni pozytywne i negatywne, chodź coraz więcej mam pozytywnych dni. Częste siedzenie w domu, oglądanie filmów, granie na konsoli, czy rozmowy na facebooku nigdy nie zastąpią mi dawnego życia gdzie kochałem spacery z muzyką na uszach i wypady z przyjaciółmi nawet na przysłowiowe piwo. Może kiedyś sytuacja się zmieni z wychodzeniem i powróci namiastka dawnego życia. Czas pokaże. :)

Zapowiedź

Witam wszystkich moich czytelników. Założyłem bloga bo chciałbym Wam opowiedzieć jak wygląda życie osoby niepełnosprawnej (obecnie pod respiratorem)  które nie zawsze jest kolorowe i wesołe bo bywa też szare, pochmurne a czasami brutalne. Beda tu historie pozytywne jak i negatywne które wydarzyły się w moim życiu. Zapraszam wszystkich do czytania jak i komentowania :)